FANI Z KARTOFLISK
Ileż to razy przyszło nam słyszeć, czytać czy po
prostu widzieć boiska przypominające pole kartofli?
Zaniedbane, rozsypujące się trybuny i ledwo wiążące
(albo i nie) koniec z końcem kluby. Na pewno wielokrotnie.
Jest jednak coś, co sprawia że na spróchniałych ławkach
pojawiają się ludzie żądni piłki, lub zwyczajnie przygód
w nieco innym- małomiasteczkowym klimacie.
Wiadomo że kibicując większym firmom nie mamy okazji
aby zawitać na IV czy V ligowe boiska, a to już folklor
jak niektórzy by powiedzieli. Sama myśl o odwiedzinach
takiej mieściny powoduje niemałą zajawkę. Zbieranie
chętnych, sprawdzanie dojazdu i jakichkolwiek informacji
czy ruch kibicowski tam istnieje albo nie. Jeśli odpowiedź
jest twierdząca to od razu pojawia się kolejna myśl
- czyja zgoda, fan club, kosa, jak jeżdżą itd. Myśl
goni myśl. Jest to chyba pierwszy powód, dla którego
szukamy w okolicy swojego zamieszkania klubu spełniającego
te kryterium. Chęć spróbowania czegoś nowego zwyczajnie
góruje nad nazwą ligi w której występują kopacze.
Oczywiście nie musi to być przypadkowy klub, a najlepiej
gdyby miał on już jakieś tradycje. Co jednak przeszkadza
rozpoczęciu wszystkiego od podstaw? Rzecz jasna pojawią
się głosy że tworząca zalążki ekipa jest słaba, nie
licząca się na mapie fanatyków. Owszem, ale chyba
każdy kiedyś zaczynał i nawet najbardziej rozpoznawalne
firmy też. Wszystko zależy tylko od chęci i determinacji.
A tej na początku nie brakuje. Niestety zdarza się
i tak, że dana ekipa rozkwita, pokazuje się z niezłej
strony i... znika po roku czy dwóch sezonach. Dlaczego?
Ano dlatego, że Warszawa jest specyficznym miastem
i ilość dzielnic stwarza spory wachlarz wyboru barw.
Do tego ich zmiana ma nieco inny wymiar niż w przypadku
wielkich klubów i takie osoby nie są potępiane. Ot
zwyczajne wspieranie ziomków z innej dzielnicy kosztem
starej ekipy. Natomiast ocena takiego zachowania jest
sprawą indywidualną każdego z nas. Kolejnym powodem
uczęszczania na mecze tych drużyn jest chęć pokazania
swoich możliwości czy sprawdzenie się w różnych dziedzinach
kibicowania. O wiele łatwiej jest spróbować ultraski
podczas piątoligowych zmagań, niż tworzyć skomplikowane
pokazy na arenach ekstraklasy czy jej zaplecza. Jest
to właściwie pole do eksperymentów na które raz na
jakiś czas większość ekip może sobie pozwolić- nawet
ze względu na koszty. 300 złotych a 3 tysiące robi
różnice. Dochodzą do tego też środki własne. Przykładowo
ktoś ma w domu folie, ktoś inny farby i kawał starego
prześcieradła. Transparenty jak i folia do podświetlenia
gotowe - wystarczy odrobina chęci. Ostatnim i zapewne
bardzo znaczącym czynnikiem jest tzw. lokalny patriotyzm.
Chęć pokazania, że dzielnica na której się wychowałem
jest konkretna i mieszkają na niej tacy sami ludzie.
Jest to po prostu auto promocja.
Czy są więc złe strony takiej "zabawy"?
Nikt nie karze stawiać owego klubu ponad inny, najbliższy
danej osobie. Przecież nawet wypady do jakiegoś miasteczka
nie muszą być i najczęściej nie są skierowane na "szczególne
atrakcje". Zwykła turystyka połączona z alkoholizacją
i dobrą zabawą. A siedzenie na spróchniałych ławkach
i browary smakują identyczne na pobliskim "kartoflisku"
jak i osiedlu. Liczy się tylko otoczka w jakiej się
to robi i osoby które robią to z tobą.
kar_cel / Scarych Zine
<< powrót