FENOMEN KIBICOWANIA
Czy wiecie, w jakich dwóch krajach w Europie jest
najwięcej ekip kibicowskich? Pierwszy z nich to Włochy,
kolebka ruchu ultras, kraj, w którym futbol jest prawdziwą
religią, ma wielkie tradycje, osiąga ogromne sukcesy.
Drugi kraj o tak bogatym ruchu kibicowskim to... nasza
niepozorna ojczyzna! Artykuł TOP 100, który macie
okazję przeczytać w tym numerze, zawiera niespełna
połowę w miarę regularnie egzystujących ekip, a oprócz
nich są jeszcze liczne ekipki raczkujące, takie które
wymarły lub czasowo zawiesiły działalność, grupy żużlowe
i kilka hokejowych, koszykarskich i siatkarskich.
Ktoś kiedyś liczył i doliczył się ponad 400 ekipek.
Dziś musiałby dodać kolejne kilkadziesiąt. Do tego
u większości z nich liczebność młyna u siebie i na
wyjazdach wciąż rośnie. Na czym polega ten fenomen
kibicowania w kraju nad Wisłą?
Mamy przecież żenujący poziom piłki, wciąż kiepskie
stadiony, nie najtańsze bilety (w porównaniu np. z
naszymi południowymi sąsiadami), które w dodatku coraz
trudniej jest kupić (swoje robią karty kibica, listy
wyjazdowe, konieczność okazania dokumentu tożsamości
nawet na meczach niskich lig itp.). Do tego coraz
większe policyjne represje (wiemy, jak łatwo dostać
pałką w łeb, niewiele trudniej trafić pod Sąd 24-godzinny
i wyłapać zakaz stadionowy oraz ogromną jak na kieszeń
młodego człowieka grzywnę). Na dokładkę gazety huczące
o stadionach pełnych grozy i awantur, które, wydawałoby
się, skutecznie odstraszają wielu młodych ludzi od
pójścia na meczyk piłkarski.
Mimo to, nasze młyny kwitną, widać to gołym okiem!
Pamiętam, jak w latach 90-tych ekipa, która mogła
wystawić 500-osobowy młyn, uważana była już za naprawdę
dużą. Większość średniej i mniejszej klasy ekipek
miała 50-150 osobowy młyn, na derbach osiągający 200,
czasem 300 osób. Na wyjazdach dużo częściej wpadały
zera, więcej było też wojaży po kilka, kilkanaście
osób. Potentaci ruchu kibicowskiego rzadko przekraczali
liczbę 500 głów na wyjeździe, a ponad tysięczne wyjazdy
to były prawdziwe superhity. Od czasu do czasu zdarzały
się też inwazje dużo większe, ale tylko przy okazji
wyjątkowych okazji typu Finał Pucharu Polski, wielkie
derby (te były ciekawsze, bo nikt nie ograniczał liczby
gości) itp.
Tymczasem dziś... Pierwsze przykłady z brzegu. 4000
fanów Lecha Poznań w Lubinie, tyle samo Widzewiaków
w Poznaniu, 2000 Ruchu w Łodzi i w Gdańsku, 4000 Legii
we Wiedniu i 3000 w Wilnie!Nieco mniejsze ekipy jak
np. Zagłębie Lubin przy sukcesie piłkarskim potrafią
pojechać w ponad 1000 osób do Poznania, czy Warszawy.
Kielecka Korona umie w ponad 700 osób pojechać do
dalekiego Białegostoku, w ponad 500 do Krakowa i stolicy.
U siebie młyn 1000-1500 osobowy! GKS Bełchatów na
fali znakomitej gry drużyny w 600 osób odwiedził Łódź,
a w 500 Kielce. Na własnym stadionie młyn sięgający
na hitowych meczach prawie tysiąca osób! Odra Wodzisław
wybrała się specpociągiem w 340 osób do Zabrza, u
siebie na derbach z Ruchem wystawiła 700-osobowy młyn!
W niższych ligach, gdzie próżno doszukiwać się emocji
czysto piłkarskich, jest niewiele gorzej. 400 Górnika
Łęczna w Świdniku, prawie 300 Hetmana w Łęcznej i
1000 u siebie na derbach z Ładą, 200 Wigier w Grajewie
i 350 na meczu z okazji 60-lecia klubu, 300 ŁKS-u
Łomża w Białymstoku, 500 Jezioraka u siebie na derbach
ze Stomilem! 1800 Resovii na derbach Rzeszowa i podobna
ilość Stali! 900 Wisłoki na Igloopolu i niewiele mniejsza
liczba młyna Morsów! Derby Gryf Słupsk-Pogoń Lębork
i 300 gospodarzy oraz prawie 200 gości (zarówno jesienią
w Słupsku, jak i wiosną w Lęborku). Porównajcie liczby
tych wszystkich ekip z liczbami, w jakich pojawiały
się w tym samych miejscach jeszcze 5-6 lat temu!A
to tylko czubek góry lodowej! 20-30 lat temu kibicowanie
było hobby zarezerwowanym tylko dla ludzi z największych
miast i klubów, tymczasem dziś każda kilkutysięczna
mieścina ma swój własny młynek! Nie obrażą się chyba
w tym miejscu fani z 7-tysięcznego Lipska, których
często wspominam przy takich okazjach, a którzy dwa
lata temu zaimponowali wystawiając na meczu swojej
drużyny 350-osobową głośno dopingującą grupę!
Co takiego jest w naszym hobby, że tak przyciąga młodych
ludzi zarówno w wielkich aglomeracjach, jak i w małych
miasteczkach? Jak już wspomniałem, nie można mówić
o magii piłki nożnej, ani o bezpiecznym i komfortowym
oglądaniu meczu. Wręcz przeciwnie :-). Jak widać,
nikomu z bywalców stadionowych to nie przeszkadza.
W takim razie dlaczego na stadiony i to do tych najgorętszych
sektorów walą takie tłumy?
Kibicowanie młodego człowieka w Polsce nierozerwalnie
związane jest z życiem na osiedlu, szarym blokowiskiem,
grupą kolegów z jednej klatki lub bloku. Rodzicom
w takich miejscach zazwyczaj brak czasu lub kasy,
aby zapewnić dzieciom jakieś "rozwojowe hobby",
czy też inne, bardziej "wychowawcze" formy
spędzania wolnego czasu. I być może tu tkwi sedno
całej opowieści! Nie ma co robić, siedzi się na ławce
i próbuje urozmaicać szarzyznę. Czasem wykręci się
jakąś aferę, czasem zrobi coś dla jaj. Ważne, żeby
było wesoło. Nie ma kasy, więc kręci się jakieś drobne
interesy. Nudy w szkole, życie toczy się od weekendu
do weekendu. A w weekend wspólny wypad gdzieś na imprezę,
czasem na wiejską wichurę :-) Weekend to także mecz
piłkarski w moim mieście. Starsi kumple pod blokiem
stale o tym gadają, to i ja w końcu pierwszy raz idę
na stadion. Tu niejeden doznaje olśnienia. Magiczna
atmosfera stadionu, tłum, doping, racowiska i oprawy
działają mocno na wyobraźnię i nie trzeba nawet zbytnio
kochać futbolu, aby przeżyć fascynację! Pójdę raz,
drugi, wkręcam się. Następnie pojawiają się wyjazdy,
człowiek przechodzi kolejne stopnie "wtajemniczenia",
aż w końcu okazuje się, że szare życie już nie jest
takie szare! Pojawia się cel w życiu, człowiek zaczyna
myśleć o sobie "tak, jestem fanatykiem".
Cały świat zaczyna kręcić się wokół ekipy. Na różne
sposoby człowiek zaczyna mozolną pracą realizować
cel, którym jest chwała własnej grupy kibicowskiej
i jednocześnie poniżenie dla wroga. Cel, dla którego
poświęcamy cały wolny czas, pieniądze i zdrowie! Można
rzec, że taki młody człowiek jest już "stracony
dla społeczeństwa" :-) Nie było kilka lat temu
nikogo, kto by go pokierował na bezpieczniejszą drogę
życia, zapewnił inne sposoby spędzania wolnego czasu,
więc proszę teraz nie mieć do syna pretensji :-) Z
kibicowania może go wyrwać czasem dziewczyna, czasem
wyjazd zagranicę, jednak na pewno nie moralizowanie
i upominanie w domu, czy też w szkole. Gadanie rodziców,
czy nauczycieli osiąga raczej odwrotny skutek. Większy
związek czujemy z grupą kumpli z ekipy. To na stadionie
wielu z nas znalazło przyjaźń, poznało ludzi, którzy
skoczą za tobą w ogień. Poznało poczucie jedności
i więzi z innymi ludźmi, czego próżno szukać w życiu
uczestników tradycyjnego "wyścigu szczurów".
I takim sposobem magia kibicowania ogarnia kolejne
młode umysły na szarych polskich osiedlach, ku utrapieniu
socjologów, psychologów i innych specjalistów. Sprzyja
temu także moda (kibicowska odzież), muzyka (kibicowski
hip-hop, czasem ostry rock), które dodatkowo wciągają
nas głębiej w ruch kibicowski. Wyróżniają nas na ulicy
i powodują, że jesteśmy identyfikowani jako kibic,
a to nam się w gruncie rzeczy podoba. W ten sposób
wyraża się swój młodzieżowy bunt, który istnieje przecież
od zawsze, przybierając w różnych okresach dziejów
rozmaite formy. Do tego, nie oszukujmy się, życie
kibicowskie dostarcza także czasem możliwości "zarobienia"
łatwych pieniędzy. O kontakty, "interesy",
na stadionie nie trudno... A łatwy hajs kusi mocno.
Dawniej kibicowanie wiązało się nierozłącznie z mordobiciem,
byłeś fanem, nosiłeś barwy, więc musiałeś liczyć się
z oklepem. Dziś ten model utrzymuje się przede wszystkim
w miastach "derbowych", w innych ośrodkach
jest już spokojniej. Chodząc w szaliku, wezmą cię
raczej za piknika niż za chuligana. Nie trzeba być
od razu typem awanturnika, są "alternatywne"
sposoby udzielania się w ekipie, jak choćby grupy
ultras, stowarzyszenia, ekipy zajmujące się graffiti,
grupy internetowe itp. Na swój sposób jest więc bezpieczniej
niż kiedyś, a i na wyjazd pojechać łatwiej (prawie
zawsze podstawione są autobusy lub specpociąg, a sam
mecz jest dobrze zabezpieczony i raczej nie grozi
oberwaniem po łbie od wrogich kibiców). Dlatego kibicowanie
jest dziś atrakcyjne, zarówno dla osób żądnych ekstremalnych
wrażeń (ci zawsze znajdą sposób by urwać się "obstawie"),
jak i dla spokojniejszych, dbających o własne życie
fanów.
Kibice to potężna rzesza, coraz liczniejsza i coraz
lepiej zorganizowana. Nic dziwnego, że rozmaite władze
boją się tego ruchu i próbują go na różne sposoby
ograniczać. Kto wygra tą rywalizację? Czy zwycięży
kibicowski żywioł, czy też ktoś go w końcu ujmie w
mocne ryzy i jego dynamiczny rozwój powstrzyma?
Fanatyk
<< powrót