Kibicowskie mity
My - kibice - mamy to do siebie, że lubimy postrzegać
świat z klapkami na oczach. Już sama istota bycia
fanatycznie oddanym kibicem ma w sobie cechy zatracenia
poczucia rzeczywistości: "nasi chłopcy są najlepsi,
dokopią wszystkim, nawet mimo IV ligi królujemy nad
Polską, a wszystkie nasze klęski to jest efekt wrednego
spisku działaczy, sędziów, sponsorów i diabeł wie
kogo jeszcze". Ludzie tkwiący głęboko w kibicowskim
gronie, jeszcze bardziej lubią dzielić świat na "my
i nasi ziomale" (wierni, odważni, honorowi) i
"cała reszta" (cykory, przerzuty itp). Porażki
przeciwnika się wyszydza, swoich nie przyjmuje do
wiadomości, pokrętnie tłumaczy przed innymi i samym
sobą. Ot, miłość, która nie pozwala na obiektywne
spojrzenie. W tym artykule zebrałem kilka stereotypowych,
kibicowskich przekonań, w które większość z nas wierzy,
a które to często (choć nie zawsze!) są niczym innym,
tylko zbudowanymi przez nas samych mitami.
"Klub to my"
Podstawowa sprawa - kim jesteśmy dla naszego jedynego
klubu? Standardowo kibic powie, że klub to właśnie
my, bo przecież to my chodzimy tu od lat (a piłkarze
i działacze przemijają), to my dokładamy do tego interesu
(a oni tylko na nim zarabiają), w końcu to my zostaniemy,
gdy to wszystko szlag trafi i trzeba będzie te klocki
poskładać od nowa. Owszem - ci, którzy chodzą od lat,
wiernie przeżywając radości i smutki, ci, którzy mają
klub w sercu tak mocno, że wiele zrobiliby dla jego
dobra - mają pełne prawo tak powiedzieć. Ci, którzy
wręcz odbudowali piłkarsko swoje kluby (jak np. Lechiści
z Gdańska) - oczywiście również! Jednak gdzie w tym
wszystkim jest miejsce dla typa, którego interesują
tylko avanti, który nie zna tradycji i historii swojej
drużyny, który np. rozpierd*** własny stadion? Czy
ten klub to ON? Czy ten stadion to na pewno jego drugi
dom? Osobiście byłbym ostrożniejszy z wyrażaniem poglądu
że "Klub to my", bo odnosi się on tylko
do grupy najzagorzalszych fanatyków, a nie do typów
którzy przychodzą tylko rozładować nadmiar adrenaliny,
załatwić interesy lub poczuć "jak fajnie jest
być w takiej grupie". Bo co ich z tym klubem
łączy, poza używaniem jego nazwy i barw?
"CHWDP-zawsze i wszędzie"
Kolejne popularne hasło. Czy aby prawdziwe? Ile ekip
nie jeździłoby na wyjazdy, gdyby nie eskorta na trasie
(często od miejsca zamieszkania, aż do miejsca docelowego)?
Owszem, nienawidzimy policjantów, którzy nas drobiazgowo
przeszukują, po kilka razy spisują, brutalnie popychają
lub pałują. Często łamią prawo i my na dodatek niewiele
możemy poradzić. Prawda! Ale gdyby nie oni, wiele
ekip (głównie mniejszych) nie wyjechałoby na szlak,
a już na pewno nie do większych miast! Swego czasu
w internecie miała miejsce ciekawa dyskusja o "granicach
CHWDP". Czy np. w sytuacji, gdy ukradną ci auto,
a jesteś kibicem wyznającym "zawsze i wszędzie",
nie pójdziesz na policję zgłosić kradzież? Czy nie
pójdziesz, gdy np. porachunki kibicowskie przyjmą
taki obrót, że na włosku zawiśnie życie Twoje lub
Twojej rodziny? Te granice są płynne - jedni pękną
szybciej, drudzy później, ale trudno trafić takiego
twardziela, którego nic nie ruszy. Jak to jest więc
z tym "zawsze i wszędzie"??
"Siła starszyzny"
"Przyjechała dobra ekipa, dużo starych"
- tak często zwykło się mawiać, szczególnie dawniej.
A niby dlaczego jeśli ekipa dobra wiekowo, to musi
być dobra? Starzy owszem, mają dłuższy staż na kibicowskim
szlaku, ale za to mają też wiele niepotrzebnych nawyków
rodem z minionej dekady, z tym największym na czele
- pijaństwem. Młodzi zaś patrzą na kibicowanie inaczej,
zazwyczaj próbują się rozwijać (siłownia, treningi),
są lepiej przystosowani do korzystania ze zdobyczy
techniki. Znam ekipy, w których starszyzna robi tylko
dużo niepotrzebnego zamieszania, czasem przynosi wstyd.
Znam też takie, które mają młode, ale ambitne składy,
które dążą prosto do wytyczonego celu. Wniosek? Jak
dla mnie jest prosty - starzy mogą być, ale nie muszą
(i często nie są) podporą ekipy!
"Podziękowania dla ziomali"
Zwykło się uważać, że dobrze jest mieć zgody (najlepiej
kilka). Bo wiadomo - można liczyć na wsparcie, czasem
organizować coś wspólnie, czy wreszcie "można
się rozwijać przy dobrych ziomalach", co bardzo
niejasno i enigmatycznie brzmi i właściwie do końca
nie wiadomo, co oznacza. Moim zdaniem - zgody ekip
chuligańskich, gdzie dwie bandy działają razem - oczywiście
przynoszą im korzyści. Zgody ekip ultrasowskich, gdzie
często można na wyjazdach liczyć na pomoc ziomków
- też są OK. Ale jest wiele zgód zrobionych po prostu
dla samego faktu posiadania ziomali. Spotykanie się
głównie na meczach u siebie, gdzie rzadko coś się
dzieje, to jedynie okazja do plotek i spijania hektolitrów
piwa. Jest to przyjemne, ale czy pożyteczne? Dodatkowym
minusem są spore wydatki. Ugoszczenie kilkunastu osób,
z piciem, jedzeniem, spaniem, biletami i innymi przyjemnościami
to dla średnich ekip już spory wydatek! Już nie mówiąc,
jak się trzeba sprężyć finansowo, gdy ziomków zawita
kilkudziesięciu! Nie staniesz na wysokości zadania?
Będą pomówienia, krzywe spojrzenia i być może podobne
traktowanie na rewanżu. Podołasz finansowo? To fajnie,
tylko, że za tą kasę możesz uszyć ze 2-3 spore flagi,
zrobić extra oprawę albo dofinansować autokar. A tak...
wszystko przepite, bo trzeba się było pokazać :-)
Już nie mówiąc, jak dużym wydatkiem są turnieje kibiców,
choć plusem ich jest to, że jeśli organizator się
sprawdzi, to zyskuje miano dobrego organizatora w
światku kibicowskim.
"Kto ma wiedzieć ten wie"
Na koniec coś, co mnie śmieszy od chwili, gdy upowszechnił
się internet, a jednocześnie niektóre ekipy próbują
nałożyć "embargo" na przepływ informacji
o ich działalności. Robi się ustawkę, o której "wiedzą
tylko zainteresowani", na forach admini tną tematy
jeden po drugim, ci "bardziej kumaci" zbywają
szaraczków modną wymówką "kto ma wiedzieć, ten
wie". A tymczasem... cały internet dobrze wie,
co się działo, pocztą pantoflową wieść płynie szybko,
na g-g czy czatach brać kibicowska szeroko komentuje
detale i wyniki walki. Ehhh... konspiratorzy, w XXI
wieku niewiele się ukryje :-)
"J"
To my kibice, NR 55(4) KWIECIEŃ 2006
<< powrót