NIEPROSZENI GOŚCIE
Nie raz zastanawiałem się, dlaczego pod względem
kibicowskich wyjazdów, Hiszpania odstaje od reszty
Starego Kontynetu. Przecież to kraj rozkochany w piłce,
co więcej, dla niektórych futbol to religia, a mimo
to dla większości Hiszpanów mecz wyjazdowy to zupełna
egzotyka. A przecież dla każdego fanatyka, a podobno
trudno o większych od południowców, wyprawa na stadion
rywala i celebrowanie sukcesu na jego oczach, to prawdziwa
esencja kibicowania. Wiedzą to Włosi, Francuzi, ba,
wiedzą nawet Portugalczycy, sąsiadujący z Hiszpanami.
I niby to wciąż ta sama gra, te same reguły, ta sama
piłka, ale widowisko smakuje zupełnie inaczej. O ile
jednak Hiszpanom takiego stylu nikt nie narzucał,
to my jesteśmy na dobrej drodze do powielenia ich
zasad na skutek decyzji administracyjnych. Prześledziłem
zestaw par kilku kolejek pierwszoligowych i pogubiłem
się licząc na ilu stadionach sektory przyjezdnych
były puste, albo... nie było ich wcale. Budowa stadionów,
modernizacja trybun, sankcje PZPN czy wreszcie zwykła,
ludzka złośliwość działaczy, to powody tego stanu
rzeczy. A przypomnijmy jeszcze dla porządku, że nie
tak dawno Jan Tomaszewski, znany w pewnych kręgach
jako "Spocony Jasiu", nawoływał do całkowitego
zakazu wyjazdów, jako sposobu na walkę ze stadionowym
chuligaństwem. W przypadku szefa komisji etyki, skończyło
się tylko na słowach, ale gołym okiem widać, że w
klubowych gabinetach nie brakuje zwolenników hasła
"nie ma gości, nie ma problemu". Pierwsze
skrzypce gra tutaj Jacek Milewski z Arki, który najpierw
zaparł się i nie chciał wpuścić na Olimpijską Legii,
a następnie nie miał ochoty na oglądanie kibiców Wisły.
W obu przypadkach w sukurs młodemu prezesowi pośpieszył
Wydział Dyscypliny, nakładając na wyżej wymienione
klubu zakazy wyjazdowe, ale w obu wypadkach Milewski
zapowiadał zamknięcie sektora przyjezdnych na długo
przed decyzjami PZPN! Co więcej, boss gdyńskiego klubu
"na wszelki wypadek" załatwiał sobie z komendy
policji kwity, że aby stadion GOSIR był bezpieczny,
mogą na niego wchodzić wyłącznie kibice Arki. W ostateczności
Milewski oferował żywą gotówkę na poczet kary, żeby
tylko mógł postawić na swoim. Biorąc pod uwagę, że
nie są to duże sumy dla klubowego budżetu, nie byłoby
z tym żadnego problemu. Pozostaje tylko aspekt "moralny".
Arka nie gra w prywatnej lidze prezesa Milewskiego,
a ekstraklasie pod egidą, było nie było, sportowego
związku, gdzie panują zasady określane chociażby w
ligowej licencji. Okazuje się jednak, że w dokumencie
licencyjnym tak naprawdę ważne są tylko te punkty,
które mówią o zobowiązaniach w stosunku do PZPN, a
najmniej istotne dotyczą obowiązków w stosunku do
kibiców. Można je obejść w dowolny sposób, a w razie
wyższej potrzeby, wystarczy się wykupić. W Krakowie
oba kluby gości nie widziały od wielu miesięcy, ale
płacić nie muszą. Na Reymonta i Kałuży trwa modernizacja
stadionów. Prace szybciej idą na Wiśle, gdzie można
już podziwiać jedną z najbardziej efektownych trybun
w Polsce. Chociaż właśnie tam ma się znaleźć sektor
gości, względy bezpieczeństwa nie pozwalają na ich
wpuszczenie, przynajmniej do wiosny przyszłego roku.
Kiedy jednak na Wisłę przyjeżdżali kibice zza granicy,
wówczas okazywało się, że "Biała Gwiazda"
ma w pełni funkcjonalną i sprawną trybunę i nic nie
stoi na przeszkodzie, aby mogli na niej zasiąść fani
zespołu rywala. To nie jedyny przypadek lepszego potraktowania
"fanów dewizowych" niż rodaków. Legia i
PZPN potrafiły wygonić kibiców z części trybuny krytej
Stadionu Wojska Polskiego, aby tam posadzić przyjezdnych,
odpowiednio z Włoch i Ulsteru. A to Polska właśnie...
Takich problemów nie miała Cracovia, bo tam wydzielonego
sektora nie ma już wcale. Jednak przy okazji derbów
Krakowa okazało się, że stadion przy Kałuży również
może otworzyć bramy dla gości, ale tylko dla jednego
klubu i to pod warunkiem spełnienia podobnego warunku
w przypadku kibiców "Pasów". Mowa oczywiście
o Wiśle i wielkich derbach Krakowa. W tym momencie
na idiotów wyszli wszyscy ci, którzy wpuszczali kibiców
Cracovii bez żadnych targów, nie oczekując przy tym
podobnego gestu, bo zapewnienia o remoncie i braku
miejsca brzmiały wiarygodnie. Powyższe przykłady to
jednak nic, wobec ostatnich popisów Wydziału Bezpieczeństwa.
Kibice Legii mają na pieńku z własnym zarządem. Zarząd
w miarę bezproblemowo - jak na polskie warunki - wpuszcza
kibiców innych klubów na swój stadion, za to wiele
by dał, żeby inni nie wpuszczali legionistów. Innymi
słowy mieliśmy do czynienia z sytuacją odwrotną. Po
wydarzeniach z Poznania, kiedy na murawę poleciał
deszcz rac, Wydział Dyscypliny nałożył na Legię karę
trzech zakazów wyjazdowych. Miał to być wystarczający
okres czasu do spacyfikowania wojowniczych nastrojów
warszawskich fanatyków. Tymczasem ci jeździli dalej
i mało tego, instalowali się na stadionie dzięki pomocy
kibiców, najpierw Zagłębia Lubin, a później Amiki
i Hetmana. Wszędzie gdzie byli, gorąco pozdrawiali
właścicieli klubu, życząc im wszystkiego najgorszego.
Teoretycznie wszystko odbywało się legalnie. Zgodnie
z zarządzeniem Wydziału Dyscypliny na wyżej wymienionych
meczach klatka pozostała pusta, nikt też nie sprzedawał
Legionistom biletów. Jednak po raz kolejny okazało
się, że bezmyślność leśnych dziadów przekracza granice
wyobraźni zdrowego człowieka. Na kolejnym posiedzeniu
WD uznano, że kara zakazów wyjazdowych nie została
wykonana, gdyż... kibice Legii pojawili się na stadionach
rywali jako grupa zorganizowana, prowadzili doping
i wywiesili transparent! Już na wstępie trzeba zadać
sobie pytanie, jak odróżnić grupę zorganizowaną od
niezorganizowanej? Do tej pory przez wyjazd zorganizowany
rozumiałem dystrybucję biletów i niekiedy organizację
transportu przez klub. Teraz okazało się, że byłem
w głębokim błędzie. Za występek uznano doping i fakt
wywieszenia flag, chociaż nikt nigdy nikogo nie poinformował,
że do tego trzeba mieć zgodę PZPN-u. Największym paradoksem
całej sytuacji był jednak fakt, że Legię ukarano za
coś, do czego piłkarska centrala rzekomo dążyła. Kibiców
gości i gospodarzy nie oddzielał żaden płot, a mimo
to na żadnym z tych spotkań nie doszło do najmniejszych
incydentów. Paranoiczna decyzja związku świadczy o
tym, że wyznacznikiem tego co jest dobre, a co złe,
jest dla PZPN tylko i wyłącznie bezwzględne posłuszeństwo
wobec niego samego. Tak było ze słynną sprawą Dziurowicza
i ujawnieniem wszystkich brudów korupcyjnych, za co
"Dziura" szykanowany jest po dziś dzień
przez związkową wierchuszkę, tak też się stało z kibicami
Legii, którzy ośmielili się ośmieszyć bezsens absurdalnych
zakazów. Poza dyskusją jest odniesienie do podstawowych
praw obywatelskich, chociaż PZPN na zarzut ich łamania
odpowiadał nadrzędnością regulaminu stadionu. Konia
z rzędem temu, kto wskaże regulamin zabraniający "grupom
zorganizowanym" dopingowania na sektorach gospodarzy.
To, że mamy do czynienia z bezprawiem, jest poza dyskusją.
Niepokoi za to fakt jego sankcjonowania. Źle się również
dzieje, kiedy takie rozwiązanie cieszy władze klubu,
którego kibice zostali ukarani. W przypadku Legii
zarząd KP nie odwołał się od decyzji WD, mało tego,
PZPN odstąpił od kary finansowej, karząc tylko i wyłącznie
wyjazdowców. W ten sposób nie sposób uciec od podejrzeń,
że mamy do czynienia z koalicją związku i klubu przeciwko
kibicom. Dziś w gronie najmocniej represjonowanych
jest Legia, jest Lech. Wiosną, kiedy dojdzie do zapowiadanego
powrotu kart chipowych, jest więcej niż prawdopodobne,
że wypróbowane metody zostaną użyte przeciwko wszystkim.
W ten sposób mecz wyjazdowy stanie się wyprawą z gatunku
"mission imposible". Jeżeli na kluby pomagające
wyjazdowcom nadal będą nakładane drakońskie kary finansowe,
należy się spodziewać, że wejście na sektor gospodarzy
też będzie mocno utrudnione. W końcu nikt nie będzie
nadstawiał głowy za grube pieniądze, nawet gdy chodzi
o obronę słusznych zasad. Najgorsze w tym wszystkim
jest to, że doczekaliśmy się u władzy działaczy -
i tych w PZPN, i tych w klubach - dla których kibic
przyjezdny to zło najgorsze. Na wpuszczaniu gości
zależy tylko kibicom, ale przecież decyzje zapadają
nie na trybunach, a w klubowych gabinetach. A w Polskę
idzie przykład - to się opłaca. Po co przygotować
szybciej sektor, skoro można go zrobić na końcu, bez
żadnych konsekwencji? Można też zburzyć całą trybunę
i zaplanować modernizację na kilka lat naprzód. Można
dogadać się z policją i załatwić dokumenty o zagrożeniu
bezpieczeństwa publicznego. Można poskarżyć się w
PZPN i załatwić zakaz wyjazdowy. Możliwości jest multum,
ale wszystkie sprowadzają się do tego samego. Obyśmy
my się nie stali drugą Hiszpanią wbrew własnej woli.
L
To My Kibice, nr 51 (grudzień 2005)
<< powrót