Spirit of '69
...SUNDERLAND - NEWCASTLE
(Artykuł opisujący problemy z kibicami przed meczem
pierwszoligowych drużyn angielskich)
Gang skinheadów próbował wczoraj przemycić przerażające
uzbrojenie na jeden z najważniejszych meczów sezonu.
Składało się ono z ponad 50 sztuk broni - w tym butelek,
noży, gwoździ, widelców, nożyczek, dłut, młotków i
gazrurek. Celem skinheadów była zadyma z okazji setnego
derby płn.-wsch. Anglii pomiędzy AFC Sunderland a
Newcastle United. 5 godzin przed rozpoczęciem meczu
na stadionie Roker Park w Sunderlandzie bandziory
przerzuciły worek z bronią nad 4-metrowym murem otaczającym
stadion. Ale ich plan się nie powiódł dzięki policyjnemu
kierowcy. Kierowca zaczął coś podejrzewać, kiedy zobaczył
grupę około 12 młodzieńców skupionych przy ogrodzeniu.
Zatrzymał się, a młodzieńcy, którzy nosili czerwono-białe
szaliki Sunderlandu uciekli. Policjant wówczas przeszukał
stadion i znalazł worek pełny broni. Komisarz Ronald
Kell powiedział później -"To była naprawdę przerażająca
kolekcja... w złych rękach mogłaby spowodować znaczne
szkody i rany. Młodzieńcy musieli domyśleć się, że
zostaną przeszukani przed wejściem, więc zdecydowali
się przemycić broń w ten sposób." Kolejny oficer policji
powiedział -"Najdziwniejszym przedmiotem był drewniany
tłuczek do kartofli, który został zaostrzony tak by
zadawać rany po rzuceniu nim." Inne rodzaje broni
w tym naćwiekowane pasy i łańcuchy rowerowe zostały
dołączone do kolekcji po kontroli policyjnej przed
wejściami na stadion. Przed meczem nastoletni fani
Newcastle wtargnęli do supermarketu i kiedy nie mogli
dostać się do kafejki na pierwszym piętrze, zaczęli
rzucać puszkami. Stłuczono 5 szyb. Natomiast w czasie
meczu, który zakończył się wynikiem 1:1, tłum 51 950
widzów nie sprawiał kłopotów...
Potencjalni zadymiarze, głównie skinheadzi
z ogolonymi głowami, w ogromnych, bulwiastych glanach
i podciągniętych spodniach podtrzymywanych przez wąskie
szelki, zostali poddani dokładnej policyjnej kontroli
zanim weszli na stadion. Policjanci szukali szmuglowanych
na trybuny butelek, gwoździ, pilników, kawałków ołowiu,
cegieł i haków rzeźnickich. Niektórzy posiadacze glanów
z blachami też nie zostali wpuszczeni. / Dermot Purgavie,
relacja z meczu Arsenal - Chelsea, 1969
Około 150 skinheadów, podczas drogi powrotnej
do domu z meczu Arsenal - West Ham rozgrywanego na
Highbury zdemolowało skład metra, kiedy odjeżdżał
ze stacji Farringdon przy Holburn Circus. Rozbito
okna i oświetlenie powodując straty rzędu 250 funtów.
/ relacja prasowa z 1969
...ale od początku...:
Spirit of '69
Czasy zupełnie się zmieniły, jakby to Bob Dylan mógł
stwierdzić, nadszedł koniec dla swingujących lat 60-tych.
Dawno odeszli w zapomnienie oryginalni nastoletni
rozrabiacy, chłopaki z pałkami, tnący siedzenia tedsi
ze swoją diabelską muzyką, nawet rokersi i modsi przeżywali
kiedyś lepsze chwile.(...) Obie subkultury fatalnie
podupadły po burzliwych, letnich miesiącach 64-tego.
Przez jedną okropną chwilę wydawało się, że najlepsza
część brytyjskiej młodzieży może przyłączyć się do
hipisowskich komun i studenckich marszów. 1967 zafundował
nam lato miłości, a małolaty z klasy średniej wszędzie
mówiły do widzenia rzeczywistości.(...) Cóż, aż w
końcu tatuś znalazł im stałą pracę w biurze. Hippisi
naprawdę przesłodzili z tymi swoimi błyskotkami i
kwiatowym manifestem dla nowej promiennej przyszłości.
Wszystko teraz stawało się miłością i pokojem, wymalowane
w kalejdoskopie psychodeli i dzikich paisleyowskich
wzorów. Idealizm był zawsze częścią dorastanie, ale
siedzenie na polu w St.Ives z długimi zatłuszczonymi
włosami, w brudnym kaftanie, z uncją haszu i egzemplarzem
Oz z trudem było można nazwać tworzeniem nowego, dzielnego
świata. Wyłączenie się tak naprawdę znaczyło stchórzenie
(*wyłącz się ze społeczeństwa, było w owych czasach
sztandarowym hasłem hippisów) (...). Po prostu obejrzyj
kilka starych video Jethro Tull a zobaczysz jak głupie
było to wszystko. A jakby nie dość było narkomańców
studenci próbowali posunąć to jeszcze dalej, mówiąc
- zmieniajmy świat, działajmy. Zwykle brygady wełnianych
palt były z góry odrzucane przez młodzież ulicy -
uważano ich za kujonów, nawet hippisi ich nienawidzili
za to, że byli zbytnio bojowymi jak na ich gust. Ale
oni tu byli w 1968, maszerowali tu, tam, wszędzie...
Nie obsadzali barykad tak jak w wesołym Paryżu, niemniej
zarzucali nas rewolucyjnymi materiałami. W każdym
bądź razie my byliśmy na to ubezpieczeni. Życie nie
było takie słodkie w rozległych dzielnicach robotniczych.
Nigdy nie było możliwe by wrócić do domu na Bethnal
Green (*dzielnica robotnicza we wschodnim Londynie)
i powiedzieć swojemu tacie, że chce się mieszkać w
wigwamie. Prawda, niektórym dzieciakom z klasy robotniczej
udało się trafić na wyższe uczelnie, a jakiś jeden
czy dwóch odcięło się od reszty i wyniosło się w afgańskim
płaszczu by spróbować szczęścia jako hippis - w narkotykach
i wolnej miłości, ale nie zawsze znajdowali tam pokój
i nowy, wspaniały świat. Natomiast zdecydowana większość
po opuszczeniu szkoły rozpoczynała życie polegające
na monotonnej pracy. Te liche zajęcia czekały na nich
w wielkich ilościach, ale wsadzały im za to trochę
pieniędzy do kieszeni i dawały powód do narzekań przed
nadchodzącym poniedziałkowym porankiem. Odezwy do
robotników by przyłączyli się do swych towarzyszów
studentów w obalaniu kapitalistycznych świń padały
na bardzo głuche uszy. Naprawdę niewielu ludzi chciało
podać studentom i hippisom pomocną dłoń, raczej kopa
w dupę ciężkim glanem dziesiątką. Wszystko to było
już jasne kiedy studenckie plakaty wrzeszczały Zniszcz
państwo albo Zwycięstwo Wietnamowi, a na stadionie
Chelsea śpiewano Studenci, studenci, ha, ha, ha !
Pokazały to jasno okoliczności wielkiego marszu solidarnościowego
z Wietnamem w październiku 1968. Wówczas Tariq Ali
i jego niedzielni rewolucjoniści wreszcie otrzymali
odpowiedź. Fabryki i stadiony piłkarskie zostały zarzucone
ulotkami by wyciągnąć zwykłego robotnika na ulicę
i nadszedł wreszcie ten wielki dzień, kiedy 30 000
studentów i powiązanych z nimi leniwych bastardów
pląsało po Londynie, nie powodując niczego więcej
poza zakłóceniami ruchu ulicznego. Tak, a 200 niezbyt
skorych do grzeczności, wygolonych bootboysów w kolorach
FC Millwall biegło obok śpiewając "Enoch, Enoch !"
(*polityk sprzeciwiający się napływowi imigrantów
z byłych koloni brytyjskich) i powodując generalnie
na tyle dużo kłopotów, że gazety miały o czym pisać
następnego dnia. Zapomnijcie wasze wojny w południowo-wschodniej
Azji, skinheadzi nadeszli !
Skinhead, skinhead, tu i tam Jak to jest nie
mieć włosów ? Czy to ciepło, czy to zimno Jak to jest
- BYĆ ŁYSYM !
Piosenka stadionowa z wczesnych lat 70-tych
Miejcie na uwadze, że może być dużym błędem stawianie
znaku równości pomiędzy pojawieniem się skinheadów
w nagłówkach gazet, a powstaniem subkultury. (...)
Co więcej 1968 jako data narodzin mógłby tylko przysłużyć
się kłamstwu, że pojawienie się skinów było niczym
więcej jak reakcją na powstanie ruchu hippisów, a
tego byśmy nie chcieli, prawda ? Słowo skinhead nie
weszło do powszechnego użytku przed 1969, ale młodzieńców
noszących glany i krótko ostrzyżone po sportowemu
włosy widywano w kręgach modsów już w 1964. Oni byli
zapowiedzią nadejścia subkultury skinhead. To powoli
rozwijało się wśród szeregowych modsów postępując
naprzód od tego właśnie roku. Wszystkie te pierdy
o pokoju i miłości nadeszły dopiero 3 lata później,
tak więc argumentacja, że skini byli jakąś reakcją
na hippisów jest mocnym przegięciem. Odrzucenie być
może, ale nigdy reakcja. W 1965 The Who zrealizowali
My Generation, ale już wtedy dni modsów były policzone.
Cała uwaga mediów która otaczała zamieszki z okazji
świąt w '63 i '64 spowodowała, że modsów dotknęło
coś w rodzaju kryzysu tożsamości. Przedtem zawsze
byli zadowolonymi z siebie, modnymi dzieciakami będącymi
po prostu o krok do przodu przed innymi. Ale teraz
nastąpił masowy napływ młodych modsów na których często
patrzono jak na pozerów ponieważ nie mieli najmniejszego
pojęcie o klasie czy stylu i musieli chodzić na High
Street, żeby im tam powiedziano w co się mają ubierać.
I oczywiście idea roztrzaskiwania leżaków na czyjejś
głowie przyciągała do ruchu niemiłe charaktery, które
dalej zapaskudzały to co mod znaczył wcześniej.
Po co istniejemy ? Naprawdę po nic. Jesteśmy
po prostu grupą gości, nie istniejemy dla czegokolwiek.
/ Chris Bridges, 16 letni skinhead z Brighton
Ruch mod był na złym kursie i w sposób łatwy do przewidzenia
rozszczepił się i poddał różnym oddziaływaniom. Wielu
modsów było w koledżach i na uniwersytetach, tak więc
poddani pod wpływy tego co się wokół nich działo przyłączyli
się do szmaciarskiej armii hippisów i studentów na
ich drodze do lekkich narkotyków, progresywnego rocka,
kwiaciastych koszul i pop-artu. Na szczęście recepta
jak postąpić nie była dla każdego modsa taka sama.
Na północy Anglii, na przykład działo się to na różne
sposoby. Mod rozpoczął swoją egzystencję pod koniec
lat 50-tych w klubach i kafejach londyńskiego Soho,
ale jego zasięg był o wiele szerszy i przyjął się
nawet na północy Wielkiej Brytanii. Jednakże północna
scena przetrwała o wiele dłużej skupiona wokół klubów
fanatycznych skuterowców, a później nocnych potańcówek
przy soul w miejscach takich jak słynny Casino Club
w Wigan czy The Torch w Stoke.
Zawsze byłem skinheadem. Byłem nim nawet zanim
wynaleziono te słowo. Kiedy miałem 12 czy 13 lat zdecydowałem,
że nie chcę być długowłosym i obciąłem włosy. Glany,
szelki i crombie zawsze były częścią mego życia. /
Wolfgang von Jurgen, 22 letni skinhead z Londynu
Najważniejszym jednak dla ruchu skinhead był wzrost
liczby modsowskich gangów, które skradały się po miejskich
dżunglach brytyjskich metropolii. Znani także jako
hard mods (twardzi modsi) ochoczo uczestniczyli w
tworzeniu pełnego przemocy i agresji wizerunku post'64-mod-ernizmu
i zaczęli odpowiednio do tego się ubierać. Eleganckie
garnitury były zdejmowane na noce i bijatyki toczono
w koszulach i dżinsach. Podobnie jak drogie buty zostały
zastąpione przez glany, które były znacznie lepsze
do rozbijania głów, a włosy stawały się krótsze i
krótsze, a gdy francuski typ strzyżenia wszedł do
mody przesunięto skalę na maszynce fryzjerskiej z
4 do 1. Londyński East End był domem licznych gangów
takich właśnie modsów. Wielu z nich zostało wciągniętych
do zorganizowanej przestępczości i skończyło po niewłaściwej
stronie więziennych krat. To z pewnością nie był zbieg
okoliczności, że dobrze ubrani gangsterzy z londyńskiego
świata przestępczego byli ojcami, wujami, braćmi czy
po prostu idolami wielu modsów. A ci którzy nie byli
z tym wszystkim związani lubili udawać, że w jakiś
sposób są. To wszystko było częścią uroku mającego
związek z modsowską przeszłością i oglądaniem zbyt
wielu filmów gangsterskich. W Youth!Youth!Youth! Garry
Bushell mówi o modsach znanych jako suits (garnitury),
że reprezentują -"spartański odłam modsów, który zaczął
pojawiać się w londyńskich klubach gdzieś około 1965
i był elegancką, o robotniczym rodowodzie, alternatywą
wobec wątpliwej, kuszącej psychodelii" i postrzega
ich jako bezpośrednich przodków ruchu skinhead. Rzeczywiście,
skini którzy przebierali się na nocne potańcówki w
Mecca często byli nazywani suits w okresie gdy ruch
przechodził swój największy rozkwit w 1969 i 1970,
zresztą nie tylko w Londynie. Inne miasta jak Birmingham,
Liverpool czy Newcastle mogły się pochwalić dużą liczbą
twardych modsów, jednak najwięcej ich było z pewnością
w Glasgow - tym nieprzeciętnym mieście gdzie gangi
zawsze były częścią dorastania dla każdego dziecka
ulicy od czasów razor gangs (gangi brzytew) w latach
30-tych. Modsi z Glasgow zawsze słynęli z przemocy,
organizowali się we fleets (floty) i teams (drużyny),
(nazwy wciąż używane przez przypadkowe dzisiejsze
gangi) do obrony swych terytoriów. Miejsca które dzięki
modsom zyskały złą sławę jak Maryhill's Valley, Barnes
Road w Possilpark i inne są obecnie częścią folkloru
miejskiego Glasgow, a ludzie o nerwowym usposobieniu
wciąż trzymają się od nich z daleka.
Nazwa ich subkultury jest dziwaczna, prawie
że śmieszna - skinhead. Ale oni nie traktują tego
jako negatywne określenia. Oni są z tego dumni...i
z całej tej trwogi jaką wywołują u swoich rodziców,
autorytetów i brytyjskich Pakistańczyków, przeciw
którym prowadzą niekończącą się i bezmyślną vendettę.
/ Eugene Hugo, dziennikarz o równie śmiesznym imieniu,
1970
Muzyka wciąż grała dużą rolę w życiu modsów, ale
nie aż tak wielką jak w początkowym okresie ruchu.
Nie było poszukiwań nowych ekscytujących form muzycznych,
a amerykański soul i jamajskie ska stały się podstawą
dla większości. Jamajska muzyka dostała szansę rozwoju
w UK dzięki osiadłym tu imigrantom z Karaibów. Młodzi
modsi wkrótce byli stałymi gośćmi na bluesowych zabawach
i w nielegalnych melinach, które znajdowały się w
Północnym Kent, Sheffield, Birmingham, Bristol i takich
dzielnicach Londynu jak Notting Hill czy Brixton.
Mieli dzięki temu sposobność by usłyszeć najnowsze
dźwięki, a to z kolei popchnęło ich do regularnych
kontaktów z czarną młodzieżą. Wielu z tych młodych
czarnych miało swój własny styl ubierania się oparty
na strojach gangów rude boys z Kingstown (*stolica
Jamajki), znanych z agresywności w swoim rodzinnym
mieście. Wygląd rude boysa skupiał się wokół eleganckiego
garnituru ze spodniami skróconymi w ten sposób by
sięgały tuż ponad kostkę oraz z przydługimi rękawami
aż za przegub. Do tego dochodziły gładko wypolerowane
buty i ciemne okulary. Zarówno modsi jak i później
skinheadzi czerpali inspirację ze stylu rude boys.
Jest nawet przyjemna historyjka o jamajskim wokaliście
Desmondzie Dekkerze i narodzinach ruchu skinhead opowiedziana
przez Tonego Cousina. Tony od koniec lat 60-tych kierował
agencją muzyczną Creole, która była fundamentem dla
udanej wytwórni płytowej o tej samej nazwie. -"Kiedy
sprowadziliśmy Desmonda Dekkera, daliśmy mu garnitur
a on uporczywie domagał się by skrócić spodnie o 15cm.
Wkrótce dzieciaki zaczęły go naśladować, podwijały
spodnie i obcinały krótko włosy". Dekker został sprowadzony
do UK przez Creole w 1967 w celach promocji swojego
singla 007 (Shanty Town), który dostał się do pierwszej
dwudziestki krajowej listy przebojów jako produkt
wytwórni Pyramid. The Ethiopians z Train To Skaville
(Rio), The Skatalites z Guns Of Navarona (Island)
i Prince Buster z Al Capone (Blue Beat) także dostali
się na listy tego roku, jamajska muzyka zaczęła stawać
się popularna dzięki masowemu poparciu undergroundu.
Z pewnością pojawienie się Desmonda Dekkera i jemu
podobnych pomogło wizerunkowi rude boysa wydostać
się poza społeczność imigrantów z Karaibów, a typowe
dla niego ubranie zaczęło trafiać do szaf nowej białej
publiczności. Ale oprócz muzyki był jeszcze jeden
bardzo ważny czynnik który przyczynił się do rozwoju
ruchu skinhead, często pomijany przez samozwańczych
ekspertów do spraw młodzieży. Futbol. Zdobycie przez
Anglię w 1966 mistrzostwa świata spowodowało, że kibice
znowu tłumnie zgromadzili się na stadionach, frekwencja
na wszystkich czterech ligach gwałtownie wzrosła.
Dużo więcej młodzieży zostało przyciągniętej do piłki
niż kiedykolwiek wcześniej, tyle że teraz chodzili
na mecze ze swoimi kumplami, a nie ojcami czy wujami
jak to było w tradycji przez lata. Dzięki temu, że
nie było wówczas problemów z pracą ich kieszenie były
zasobne w gotówkę, tak więc mogli też jeździć na mecze
wyjazdowe zmieniając w ten sposób stary zwyczaj chodzenia
tylko na stadion swojej drużyny.
Sprawianie problemów nie jest naszą jedyną
rozrywką. Lubimy też reggae, ciuchy, futbol, dziewczyny
i gdy daje się nam święty spokój. / Paul Thomson,
londyński skinhead, 1969
Nadeszła era podróży kibiców, a wraz z nią możliwość
manifestowania, że się jest lepszym od swoich przeciwników
zarówno na, jak i poza boiskiem. Przemoc w futbolu
była zawsze częścią tej gry, ale dopiero pod koniec
lat 60-tych zaczęła przybierać zorganizowane formy,
gdy rywalizujące strony urządzały dobrze przemyślane
bitwy. Stadionowi chuligani przyjęli jako własny styl
ubierania się ciężkie glany, dżinsy, koszule - coś
jak twardzi modsi, którzy wówczas wcale nie byli rzadkością
na stadionach. To byli futbolowi bootboysi z których
szeregów rekrutowało się wielu pierwszych skinheadów
w 1967 i 1968, i którzy znowu stali się popularni
gdy ruch skinhead był u swego szczytu.Z gangów modsów
na ulicach, bootboysów na stadionach i rude boysów
w dance-hallach wyłonił się ruch skinhead. Na początku
nieokreślonej subkulturze dawano różne nazwy : noheads,
baldheads (łyse głowy), cropheads (krótko ostrzyżone
głowy), suedeheads (zamszowe głowy), lemons (cytryny),
prickles (odstające uszy), spy kids (młodzi szpiedzy),
boiled eggs (ugotowane jajka) a nawet peanuts (orzeszki
ziemne) - prawdopodobnie dlatego, że silnik skutera
wydaje dźwięki które komuś mogą przypominać grzechoczące
orzeszki w puszce. Nawet jeszcze w 1969 roku gdy ruch
skinhead wyodrębnił się na dobre ze swoich poprzedników,
skini wciąż byli nazywani modsami. Ktokolwiek wątpi,
że modsi współtworzyli historię ruchu skinhead powinien
zwrócić uwagę na cytat z Chrisa Welsha opisujący klasycznych
skinów -"widok ostrzyżonych krótko głów i dźwięk ciężkich
glanów wchodzących o północy do Wimpy Bar czy do dance-hallu
jest naprawdę przyczyną nieprzyjemnych uczuć w żołądku"
a wzięty z artkułu o "modsach" publikowanego w Melody
Maker w lutym '69.
To czego potrzebują, to dobre lanie. / gospodyni
domowa z Bournemouth, 1970
Jakkolwiek już wtedy jedno określenie na ten agresywny,
"nowy", młodzieżowy kult stało się coraz bardziej
popularne. A latem tego roku słowem tym na ustach
wszystkich był skinhead. Nawet premier Harold Wilson
z Partii Pracy skinął swą fajką, gdy nazywał pewnych
torysów "skinheadzi z Surbition"(*Surbition to eleganckie
przedmieście Londynu). A działo się to ni mniej ni
więcej tylko w Izbie Gmin. Każda młodzieżowa subkultura
może być określona przez modę i styl jakie jej towarzyszą,
ze skinheadami nie było inaczej. Przez '69 rozwinął
się określony styl ubierania się i rozpowszechnił
po całej Brytanii, ale w początkowym okresie cokolwiek
byś nie zakładał to było to OK. Po prostu tak długo
jak miałeś glany mogłeś nazywać siebie skinheadem.
Co dziwniejsze, długość włosów nie była wówczas aż
tak ważna jak w dniu dzisiejszym. Przez 1969 większość
młodzieży robiła regularne wycieczki do fryzjera,
stosując się do nazwy skinhead, ale w latach panowania
ruchu mogłeś ujść w tłumie mając włosy z tyłu czy
po bokach, a nawet w ogóle dłuższe włosy. Oto dlaczego
skinhead przeistoczył się później w fazy suedehead
i smooth z taką łatwością. Ostrzyżone krótko włosy
na poborowego czy skazańca miały tę określoną przewagę,
że nadawały ci "mocnego" wyglądu, stąd więc ich masowa
popularność, Nie wzbudzały także zdziwienia. De facto
widok krótko obciętych, schludnych włosów był mile
widziany zarówno przez rodziców jak i pracodawców,
a młodzież zdawała się to lubić bo nie musiała używać
grzebienia. Słowo skinhead wzięło się stąd, że można
było zobaczyć skórę przez krótko ostrzyżone włosy.
W załogach obcinano się nawzajem i nie było to niczym
nowym, ale wśród młodzieży kombinacja glanów i krótkich
włosów stała się tak powszechna, że pojawiło się zapotrzebowanie
na odpowiednie tego określenie. Niektórzy twierdzą,
że sposób obcięcia i nazwa zostały zaczerpnięte z
fryzury popularnej wśród amerykańskich żołnierzy,
ale to był zupełnie odmienny od skinowskiego typ strzyżenia.
Jankeska wersja polegała na tym, że wygolony był tył
i boki, natomiast na czubku włosy były nieco dłuższe
- tak jak u Richarda Gere w filmie An Officer And
A Gentelman. Większość elektrycznych maszynek fryzjerskich
miało ponumerowane nasadki - 1 oznaczało najkrótsze
włosy, 4 albo 5 najdłuższe. Wybór nasadki zmieniał
się zależnie od czasu i miejsca. Ktoś powiedzmy chciał
pokazać się w szkole po obcięciu przez nasadkę numer
2, a w ciągu kilku dni wszyscy szli za jego przykładem.
Niektórzy skinheadzi odważali się ciąć tak krótko
jak to było możliwe używając brzytwy lub maszynki
bez żadnej nasadki, ale kompletnie łysa glaca nigdy
nie był popularna. Chodziło o to by wyglądać ostro
i elegancko, a nie by eksponować odstające uszy. Fryzjerzy
musieli uwielbiać te regularne wizyty skinów, szczególnie
w okresie kiedy mnóstwo strzyżonych nawet nie myło
swoich włosów pozwalając by zostały obcięte. Nie wszyscy
fryzjerzy pracowali brzytwami, zdarzały się też nożyczki
- użyte odpowiednio dawały bardzo elegancki wygląd.
Nie było zbyt wielu możliwości na oryginalność z krótko
ostrzyżonymi włosami, ale zdarzały się różne urozmaicenia.
Tył na przykład mógł być ścięty jak reszta, zaokrąglony
albo kwadratowy w bostońskim stylu. Wszystkie trzy
warianty miały swoich wyznawców. Kolejnym urozmaiceniem
było strzyżenie z przedziałkiem (na szerokość ołówka
a nie cholernego śladu po motorze), który biegł od
przodu po ciemię i tradycyjnie tylko z lewej strony
głowy. Przedziałki dawały posmak klasy do tego co
było zasadniczym obcięciem, a idea ta została zapożyczona
od karaibskiej młodzieży, której własna wersja ostrzyżenia
była zwana skiffle. W tym czasie bardzo modne stały
się też baki, przodował w tym Charlie George z Arsenalu,
który miał olbrzymie bokobrody. Baranie kożuchy zostały
zaadoptowane przez tych skinów, którzy jeszcze nie
podrośli, ponieważ stwarzały wrażenie, że się jest
starszym niż w rzeczywistości, ponadto miały bardzo
"uliczny" wygląd. To był prawdopodobnie najdroższy
ciuch na jaki stać było jeszcze skinheada. Do krótkich
włosów dodaj parę glanów i też mogłeś być skinem.
Każda para sznurowanych, skórzanych glanów była dobra
jeśli wyglądała odpowiednio. A im cięższa tym lepsza.
Wielu skinów nosiło nawet buty o numer czy dwa za
duże by stwarzać groźne wrażenie. Najbardziej popularne
były glany z blachami w czubkach z wystawionym kawałkiem
metalu, który mógł być też pomalowany na biało albo
w barwach ulubionego klubu piłkarskiego, po to by
wydawały się jeszcze groźniejsze. Można było nawet
dostać glany używane w przemyśle z czubami już pomalowanymi.
Buty górnicze, wojskowe i im podobne także były w
szerokim obiegu. Ośmio lub dziesięciodziurkowe glany
były wówczas normą, tendencja by sięgały ci jak najwyżej
weszła dopiero za czasów punka. Posiadanie przyzwoitej
pary butów, takiej że nikt inny nie miał podobnych
gwarantowało, że mogłeś liczyć na słowa uznania ze
strony kumpli. Powszechne obecnie wszędzie buty Doktora
Martensa nie grały wówczas aż takiej roli, do czasu
gdy blachy został zakwalifikowane przez policję jako
broń ofensywna i zakazane na stadionach piłkarskich.
Martensy ceniono z tego względu, że lepiej wyglądały
po pastowaniu niż inne gatunki i były naprawdę wygodne
do noszenia.
Ubrani w wybielinkowane levisy podtrzymywane
przez wąskie szelki, kraciaste koszule, ciężkie glany,
płaszcze crombie z jedwabną chusteczką w kieszeni
przypiętą inkrustowaną szpilką i z barwami Chelsea.
/ opis stylu skinhead przez Iaina Stewarta w "The
Boys That Got Big By Bovvering"
Spodnie noszono od zielonych bojówek po sztruksy,
ale bez wątpienia w kręgach skinhead najbardziej lubiane
były dżinsy. Były one podwijane w ten sposób, żeby
było widać błyszczącą parę glanów - efekt prawie dwóch
godzin polerowania (w każdym razie tak mówiłeś swoim
kumplom). Czasami odsłonięty był cały but, ale zwykle
spodnie sięgały tuż ponad kostkę. Najczęściej widziało
się dżinsy z czerwonymi etykietami Levisa. Zdobyły
one popularność już w czasach modsów, ponieważ były
nieco droższe, a przez to bardziej ekskluzywne niż
zwykłe dżinsy. Skinheadzi lubili je z tego samego
powodu. Oryginalne 501 zaczęto robić z o wiele mocniejszego
drelichu niż to co było w sprzedaży na High Street
przez z górą dwadzieścia lat. Mocniejszy drelich sprawiał,
że dżinsy były trwałe na wieki. Często Levisy 501
kurczyły się w praniu, idea była więc taka, że kupowało
się parę większą o jeden czy dwa rozmiary i wskakiwało
w nich do wanny - spodnie powinny wówczas skurczyć
się na tobie do właściwego rozmiaru. To może wydawać
się śmieszne, ale one mogły przy następnych praniach
znowu się skurczyć i trzeba było wówczas nieźle się
nagimnastykować na łóżku by je wciągnąć na siebie.
W dodatku nieraz przeklinano niebieski barwnik, który
schodząc z dżinsów zostawiał ślady na twoich nogach
albo na wannie. Nic dziwnego, że w końcu Levis sensownie
zaczął sprzedawać już zwężone 501-ki. Levisy robiono
w ten sposób, żeby były noszone na biodrach. Ale każdy
podciągał je aż do talii i potrzebował czegoś do podtrzymania.
W ten sposób do skinowskiej garderoby trafiły szelki.
Innymi firmami popularnymi wśród skinheadów były Wrangler
i Lee, szczególnie poza Londynem. Stylem bardzo przypominały
Levisy tyle, że były trochę luźniejsze i zawczasu
zwężone. Wysoka jakość dżinsów w tych czasach miała
też swoje słabe strony. Mocniejszy materiał powodował,
że trzeba było trochę czasu, żeby się do spodni przyzwyczaić
i je znosić oraz cholernie dużo czasu by je sprać
na jaśniejszy kolor. A każdy lubił sprawiać wrażenie,
że swoje dżinsy nosi od dawna, a nie od zeszłej soboty.
W powszechnym użyciu była więc bielinka z zasobów
skinowskich mam. Można było włożyć swoje błękitne
dżinsy do wiadra z roztworem bielinki na minutę, a
następnie wyciągnąć gotowe, rozjaśnione spodnie. Można
też było pochlapać bielinką dżinsy tak by stworzyć
niepowtarzalne wzory i wyprodukować w ten sposób spodnie-plamiaki.
Podobnie można też było potraktować dżinsową kurtkę,
ale bielinkowanie miało i złe strony - materiał stawał
się słabszy i szybciej niszczał, tak więc wybielinkowana
garderoba zwykle nie miała długiego żywota. Poza tym
niektórzy uważali, że to może ich ośmieszać.
Brałem udział w walkach, używałem glanów i
zostawałem przepędzany przez gliniarzy. / Chris Harward,
15 letni skinhead ze Streatham, 1969
Ostatnim uzupełnieniem krystalizującego się stylu
ubierania skinheadów były koszule i weszły na dobre
w 1969. Wzory w kwiaty oczywiście nie wchodziły w
grę, ale poza tym każdy rodzaj koszuli mógł być noszony
w początkowym okresie. Wkrótce jednak dwa style zaczęto
cenić najbardziej. Pierwszy to koszulka w wyraźnym
kolorze bez kołnierza, czasem w paski, drugi to klasyczna
amerykańska koszula z guzikami spopularyzowana przez
modsów w latach 60-tych. Najbardziej popularną zapinana
koszulą był Ben Sherman. Od początku były robione
z bardzo wygodnego oxfordzkiego płótna, z guzikiem
z tyłu kołnierza, plisowaniem z tyłu i pętelką by
móc koszulę zawiesić. Pod względem stylu nic nich
nie było w stanie przebić. Kołnierze miały po 10 cm
szerokości. Spotykało się rozmaite konfiguracje kratki
i kolorów, a napis Bennies pojawił się na początku
1970. Po prawdzie to Ben Sherman naśladował często
inne firmy we wzorach kratki, a jego wczesne produkcje
były po prostu okropne.
To było wspaniałe. Kiedy wychodziło się na
noc ubranym w koszulę Bena Shermana, levisy, martensy
czy squires. A kiedy jechało się na weekend do Margate
spotykało się podobnych ludzi. Wszyscy wyglądaliśmy
tak samo, jak w mundurach, ubrani w baranie kożuchy,
białe dżinsy i glany. / Andrew McClelland, skinhead
z Woolwich, 1971
Jedna rzecz wymaga wyjaśnienia, a mianowicie sprawa
białych shermanek. Większość prób znalezienia informacji
o pierwszych skinheadach nie wykracza poza szybkie
przewertowania The Painthouse - książki o małym gangu
skinheadów z londyńskiego East Endu. Tak się złożyło,
że nie nosili oni białych shermanek i zostało to odebrane
w ten sposób, że skinheadzi nigdy się w takie koszule
nie ubierali. Prawda jest taka, że białe Ben Shermans
były popularne wśród skinów w całej Brytanii tylko
w różnych miejscach w innych okresach - uważano je
za tak samo elegancki jak inne koszule, szczególnie
gdy były robione z materiału zwanego tonic. Koniec
historyjki. Ben Sherman był może najpopularniejszym
rodzajem koszuli wśród skinów, ale na pewno nie jedynym.
Brutus na przykład oferował przyzwoity wybór koszul,
a w szkocką kratę nie było lepszych niż jego. Ceniono
też Jaytex, niektórzy uważają, że produkował najlepsze
koszule jakie były dostępne na rynku. Również Permanent
Sex robił trochę przyzwoitych koszul, a jego zapinane
na guziki bluzy były szczególnie lubiane przez płeć
piękną. Nawet Arnold Palmer, gracz w golfa, sygnował
swoim nazwiskiem pewien typ koszuli z guzikami. Tak
naprawdę zapotrzebowanie na ten rodzaj garderoby było
tak duże, że lokalni krawcy często szyli swoje własne
wersje by sprzedawać je skinheadom. Innym typem koszulki
często noszonym przez skinów był stary dobry Fred
Perry - polo z krótkimi rękawkami. Tablice reklamowe
mówiły "Koszulka Freddego, wystarczy powiedzieć" i
to było gwarantem, że dostajesz odzież najwyższej
jakości. Stare typy perówek były mocniejsze i miały
trzy albo cztery guziczki. Najpopularniejsze były
z kołnierzami i wydawały się naśladować barwy klubów
- biało-granatowe dla kibiców Tottenhamu, bordowo-niebieskie
dla West Ham i tak dalej. To byłeś właśnie TY. Ubrany
w najnowszą modę klasy robotniczej i gotowy by zdobywać
świat. Wszystko co musiałeś wtedy zrobić, to wyciągnąć
trochę forsy od starego i ruszyć na ulice z kumplami.
W owym czasie większość skinów była poniżej 20 lat,
tak więc tylko ci najstarsi mogli nacieszyć się w
pełni urokami miasta w nocy. W każdym bądź razie wszędzie
można było znaleźć co najmniej jedną knajpę gdzie
skinheadzi mogli wydudlić kilka kufli piwa i pograć
w bilard. Albo odwiedzali taką knajpę nocą albo przenosili
się do pobliskiego dance-hallu czy kina. Sale taneczne
zostały opanowane przez reggae i soul, spotykano się
tam i prowadzono rozmowy o dziewczynach i rozróbach,
a każdy następny kufel przynosił dalsze opowieści
o odwadze i wytrzymałości. To był właśnie ten czas
kiedy zakładało się swoje najlepsze ubranie, a kwiat
skinowskiej młodzieży mógł dać powód jakiemuś modsowi
czy innemu dżentelmenowi do wydania większej sumy
pieniędzy w wyścigu, który zwał się elegancją. Podczas
gdy tytuły gazet pełne były glanów i szelek, zapominano
że skinheadzi prezentowali jeden z najbardziej świadomych
stylów jaki kiedykolwiek stworzyła młodzież.
To jest prawie tak jakby oni rozmyślnie stylizowali
się na młodzież bez perspektyw i przedwojennych żuli.
Nasz gang zrobił się tak paskudny jak karykatury z
komiksów. To nie było już śmieszne. / Alen Brien,
1969
Dżinsy i glany były zdejmowane na mecze piłkarskie
i zastępowane sta-pressami levisa, moherowymi garniturami,
brogues (rodzaj pantofli) i tym podobną imponująca
odzieżą, a wszystko z przesadną starannością i dbałością
o szczegóły, tak że można było zostać wziętym za modsa.
W trzyguzikowych garniturach dolny guzik pozostawał
zawsze rozpięty. Liczba kieszeni i guzików na rękawie
oraz wycięcie zależało od indywidualnego gustu. Idealnie
złożona chusteczka była przymocowana złotą szpilką,
dochodziła do tego jeszcze zdobiona papierośnica.
Dziewczyny ze swoimi fryzurami feathercuts (*typ obcięcia
na skin-pannę, dosłownie fryzura na ptaka), w mini-spódniczkach
i pończochach zamiast dżinsów, wyglądały absolutnie
oszałamiająco. Mogły mieć też dłuższe kurtki, krótką
spódniczkę, która od tyłu przypominała kształtem dziurkę
od klucza albo coś równie wyzywającego. Mówimy tu
o skinheadzkim raju !!! Wszyscy już przebrani więc
trzeba gdzieś iść. Gdy przychodziłeś do lokalów takich
jak Mecca Ballroom, The Palais, The Locarno czy im
podobnych to miałeś gwarancje dobrej zabawy, picia
i tańczenia przez całą noc. Dance-halle zapełniały
się skinheadami przychodzącymi tam by słuchać rządzących
dźwięków reggae, ska czy soul. Na brytyjskiej scenie
muzycznej szczególnie popularne zaczęło stawać się
reggae co można bezpośrednio przypisać uwielbieniu
skinów dla tego rodzaju muzyki. Prasa muzyczna i rozgłośnie
radiowe z pewnością nie udzielały jej odpowiedniego
wsparcia, odrzucając ją jako "surową" i "prostą".
Z powodu tego co ją łączyło ze skinheadami nazywano
ja nawet yobbo music (*yobbo to wyraz slangowy pochodzący
od słowa yob czyli boy pisane od końca, nazywano tak
często młodzież z nizin społecznych). To było błędne
koło. Ponieważ ze względu na brak zainteresowania
prasy muzycznej i radia, większość sklepów płytowych
nie miało w sprzedaży tego typu muzyki, więc na listy
przebojów też nie mogła się przebić. A ponieważ stacje
radiowe, a szczególnie Radio One miały zawsze ogromny
wpływ na listy przebojów, które miały odpowiadać powszechnym
upodobaniom, więc bardzo rzadko puszczały taką muzykę.
Reggae Time w londyńskim BBC Radio i Reggae, Reggae
w Radio Birmingham były jedynymi audycjami poświęconymi
jamajskim rytmom. Jednak generalnie trudno było złapać
reggae w eterze nawet w czasach gdy regularnie sprzedawano
dziesiątki tysięcy reggaowych singli.
Wspaniałą rzeczą jaka wiąże się z reggae i
generalnie z tymi typami muzyki jest to, że publiczność
jest zupełnie zintegrowana, biali razem z czarnymi.
Jeżeli potrafimy w ten sposób doprowadzić do rasowej
harmonii, to nie sądzę byśmy odwalali złą robotę.
/ Tony Cousin, promotor reggae, 1969
To powodowało, że największa rola w popularyzacji
reggae przypadła dance-hallom i agentom specjalizującym
się w sprzedaży tego gatunku muzyki (często był to
po prostu jakiś stragan z nagraniami). Nawet piosenki
które podbiły listy jak słynne Israelites Dekkera
dokonały tego dopiero po miesiącach puszczania w klubach
i pubach. Ale przed 1969 takie właśnie było reggae
- czysty underground. Wkrótce jednak te małe kluby
przestały być wystarczające. Później w czasie weekendów
na sanktuaria reggae przekształcano ratusze czy łaźnie
publiczne, a najlepsze londyńskie kluby nocne jak
Flamingo czy The Roaring Twenties podawały taką muzykę
fanom. Bardzo ważna rolę w skinhead reggae odegrał
Trojan, wytwórni która powstała w 1968 z Island Records
i The Beat & Commercial Company. Island od dawna zaangażowana
była w promocję jamajskiej muzyki w UK i już w 1964
czarnoskóra wokalistka Millie dotarła na drugie miejsce
list przebojów z kawałkiem My Boy Lollipop. Ale przed
1968 jej właściciel Chris Blackwell zdecydował się
przekształcić Island w dużą wytwórnię rockową z artystami
w stylu Free, Fairport Convention czy King Crimson.
By tego dokonać Island musiała pozbyć się swojego
wizerunku specjalistycznej, nastawionej na wąski krąg
odbiorców wytwórni, tak więc zwolniła wszystkich wykonawców
reggae za wyjątkiem Jimmiego Cliffa. The Beat & Commercial
Company była własnością Lee Goptala, buchaltera z
zawodu, którego zafascynowała jamajska muzyka. B &
C początkowo zajmowała się dystrybucją płyt poprzez
sieć swoich sklepów muzycznych - Musicland i Music
City, a także przez zwykłe stragany w takich częściach
Londynu jak Stoke Newington, Brixton czy Shepherd's
Bush. Założenie Trojan Records było najlepszym rozwiązaniem
by rozwinąć to co robiły zarówno B & C jak i Island.
Trojan kontynuowała politykę Island w nastawianiu
się na realizacje pop-reggae, po to by rozpropagować
jamajską muzykę poza społecznością imigrantów z Karaibów.
Źle nagrane, ostre i szorstkie jamajskie produkty
zostawały wygładzone, dodawano instrumenty smyczkowe,
a czasami nawet całe chóry tak by się stały strawne
dla brytyjskiego przemysłu muzycznego. Single, ballady
i przeróbki znanych hitów soul i pop zalały za sprawą
Trojan rynek, a ich powodzenie w końcu skłoniło niektóre
stacje radiowe by nadawać muzyczne produkty wytwórni
i jej licznych filii. W efekcie między 1969 a 1972
do pierwszej dwudziestki brytyjskiej listy przebojów
trafiło 17 nagrań z Trojan Records. Trojan był także
jedną z pierwszych wytwórni sprzedających tanie albumy
w celu pozyskania szerszego grona odbiorców. Kompilacje
takie jak Tighten Up czy seria Reggae Chartbusters
kosztowały zaledwie 14-16 pensów (później 99 p) i
rozchodziły się w nakładach przekraczających 60 000
sztuk, co było sporą ilością jak na rynek całkowicie
zdominowany przez dinozaury rocka. Razem ze swoimi
czterdziestoma filiami Trojan kontrolował 80% rynku
reggae i w pewnym okresie czasu realizowano w nich
180 nagrań tygodniowo. Oczywiście była to znaczna
ilość jak na warunki reggae, ale na listach przebojów
jeszcze większe sumy wchodziły w grę i mimo sukcesów
garstki czołowych artystów, jamajskie dźwięki pozostały
w większości częścią undergroundu. Co więcej zamiłowania
wyznawców skinhead reggae nie zawsze pokrywały się
z gustem przypadkowych nabywców, tak więc piosenki
które robiły furorę w klubach często mogły pozostać
zupełnie niezauważone przez przeciętnego słuchacza
czy media muzyczne. Dla skinheadów nazwiska takie
jak Derrick Morgan czy Pat Kelly znaczyły bardzo dużo,
jeśli nie więcej niż Desmond Dekker czy Jimmy Cliff.
Nastolatek płci męskiej, który obcina sobie
bardzo krótko włosy, często stosuje przemoc, dysponuje
ubogim słownictwem i w ogóle nie mówi zbyt dużo. /
definicja skinheada w "The Dictionary Of The Teenage
Revolution And Its Aftermath"
Jedynym prawdziwym rywalem Trojan była wytwórnia
Pama Records i jej dwanaście filii. Została założona
w 1967 przez trzech braci Palmer w celach promocji
rock-steady, zrealizowała później kilka bardzo popularnych
numerów skinhead reggae i cieszyła się jak najlepszą
opinią ze względu na brzmienie jej produktów. Pama
bardziej niż Trojan była ukierunkowana na rynek etniczny,
a szczególnie na ruch skinhead. Jamajscy producenci,
którzy nigdy nie uchodzili za specjalnie uczciwych
z radością czerpali korzyści z rywalizacji pomiędzy
dwoma największymi wytwórniami reggae. Często zdarzało
się, że przyjeżdżali do Londynu i podpisywali umowę
na te same nagrania zarówno z Trojanem jak i z Pamą
i w ogóle z każdym kto był tym zainteresowany. To
nieuchronnie musiało prowadzić do tarć pomiędzy wytwórniami,
a kulminacja nastąpiła pod koniec 1969 kiedy Trojan
wypuścił Skinhead Moonstomp Symaripu, będący inną
wersją, wchodzącego właśnie na listy, przeboju Derricka
Morgana Moonhop, wydanego przez należącą do Pamy wytwórnię
Crab. Kłopoty zaczęły się ponieważ Bunny Lee podpisał
umowę na nagranie kawałka Derricka Morgana Seven Letters
zarówno z Jackpol - nowozałożoną filią Trojan jak
i Crabem czyli z Pamą. Tak więc gdy zanosiło się na
to, że Pama będzie mogła zbierać kasę ze swojego największego
hitu jaki był w tym czasie Moonhop, Trojan natychmiast
zaskoczył wszystkich realizując własną wersję piosenki
wykonywanej przez The Pyramids, którzy nagrali ją
pod nazwą Symarip. Oczywiście pozbawiło to Pamę niemałych
zysków. O ironio, Skinhead Moonstomp postrzegany jest
dzisiaj jako klasyk muzyki skinhead reggae podczas
gdy o oryginale czyli Moonhop prawie zapomniano. Wszystko
jeszcze pogarszał fakt, że Bunny Lee był przyrodnim
bratem Derricka Morgana! Takie historie zaśmiecały
jamajską muzykę. Po prawdzie to Moonhop też był oparty
na innej piosence - I Thank You zrealizowanej przez
soulowy duet Sam & Dave z Memphis. A The Pyramids,
którzy byli bardzo doświadczonym studyjnym bandem
często nagrywali pod innymi nazwami, w tym okresie
zrealizowali też nagrania jako The Alterations, The
Bed Bugs i The Rough Riders.
Lubię przemoc, przemoc, no i...tego... przemoc.
/ anonimowy skinhead w wywiadzie dla telewizji, 1969
Ostatecznie Pama i Trojan realizowała w UK mnóstwo
materiałów angażując często białych muzyków sesyjnych
oraz jamajskich wokalistów, którzy osiedli w Brytanii,
albo właśnie po niej podróżowali. Laurel Aitken, jeden
z czołowych artystów Pamy, mówił że podczas nagrywania
jakiegoś kawałka reggae często był jedynym murzynem
w studio. Oczywiście Skinhead Moonstomp nie był pierwszym
nagraniem reggae sławiącym skinów - najbardziej żarliwych
fanów tej muzyki. The Pyramids poszli za ciosem i
zrealizowali jako Symarip piosenki takie jak klasyczne
Skinhead Girl czy Skinhead Jamboree, powstało także
wiele innych piosenek, niektóre z nich były wspaniałe,
niektóre wręcz okropne. Do historii przeszli The Mohawks
ze Skinhead Shuffle (Pama), Laurel Aitken ze Skinhead
Train (Nu Beat), The Hot Rod Allstars ze Skinhead
Don't Fear oraz Skinhead Moondust (Torpedo), Joe The
Boss ze Skinhead Revolt (Joe), Desmond Riley ze Skinhead,
A Message To You (Downtown) a i tak nie jest to koniec
listy. Reggae było tak atrakcyjne dla skinów, ponieważ
miało wspaniały, łatwo udzielający się taneczny rytm.
Teksty nigdy nie były specjalnie ważne, po części
dlatego, że niewielu ludzi mogło zrozumieć jamajski
slang. Singiel Desmonda Dekkera Israelites sprzedano
w 8 milionach kopii, ale gdyby się zapytano dwanaście
przypadkowych osób o czym jest ten kawałek, to by
się otrzymało dwanaście różnych odpowiedzi. Charakterystyczne
partie wokalne i instrumentalne były popularne ze
względu na najważniejsza ze wszystkiego, pociągającą
melodię. Oczywiście dźwięki z przeszłości jak rock-steady
i ska zostały wówczas odkurzone i przypomniane przez
didżejów, ale pod koniec lat 60-tych było tak wielu
cenionych artystów, że reggae zawsze wydawało się
być dla skinheadów pozycją numer jeden. Innym popularnym
gatunkiem muzyki był amerykański soul, odkryty przez
takie wytwórnie jak Tamla Motown, Stax czy Atlantic.
Soul już we wczesnych latach 60-tych podbijał wyspy
brytyjskie, a świętej pamięci, wspaniałemu Otisowi
Reddingowi poświęcono nawet cały epizod w telewizyjnym
pop-show Ready! Steady! Go! Pod koniec lat 60-tych
soul na nowo stał się popularny, czołowi jego wykonawcy
gościli w UK, a ich płyty, często reedycje, podbijały
listy przebojów. W przeciwieństwie do reggae, media
darzyły soul pełnym kredytem zaufania, uważając go
za muzykę klasyczną - i faktycznie nią był. Gazety
regularnie poświęcały artykuły artystom takim jak
Aretha Franklin, Smokey Robinson & The Miracles czy
Brooker T & The MGs, a częste nadawanie soul w audycjach
radiowych było możliwe dzięki sukcesom tej muzyki
na listach przebojów. Jamajscy artyści tez często
sięgali po soul, przodowali w tym zwłaszcza The Mohawks
i Jimmy Cliff. Noce z reggae i soulem przestały już
kogokolwiek dziwić, a co lepsi tancerze wśród skinów
mogli popisywać się przy jakiś soulowych dźwiękach.
Co do reggae to każdy mógł wstać i stąpać wokoło przy
tej muzyce. Zwykle chłopcy tańczyli z chłopcami, a
dziewczęta ze swoimi torebkami, ale wolniejsze soulowe
numery, które puszczano pod koniec nocy powodowały,
że panienki miały na co czekać. Większość przyzwoitych
tancerzy to były dziewczyny, a jeśli jakiś gość próbował
zbytnio zabłysnąć, to zwykle kończył na podłodze na
swojej dupie. Najlepsze ze wszystkiego były jednak
koncerty. Sukcesy reggae w UK spowodowały napływ najlepszych
artystów z Jamajki, a wielu z nich postanowiło osiedlić
się tu na stałe. W Londynie można było pójść na koncert
reggae prawie każdej nocy do przepełnionych dymem
klubów takich jak The Ska Bar, The Ram Jam Club, The
Golden Star Club czy The Cue Club w których regularnie
występowali czołowi jamajscy artyści. Nowej modzie
nie oparł się nawet słynny stadion Wembley i w 1970
gościł dziewięciotysięczny tłum, który przybył na
Festiwal Muzyki Karaibskiej. Cale wydarzenie zostało
sfilmowane i pokazywano je później pod jakże oryginalnym
tytułem Reggae w z góry ograniczonej ilości kin, wypełnionych
szczelnie przez skinheadów. Na prowincji koncerty
były nieliczne, dzieliły je duże odległości, tak więc
jeśli ktoś taki jak Derrick Morgan grał na przykład
w Bristol to miał pewność, że spotka go fanatyczne
przyjęcie ze strony miejscowych skinheadów, a bilety
na koncert zostaną szybko rozprzedane. Często się
zdarzało, że grupy artystów reggae miały wspólną trasę
po dużych i małych miastach, tak więc jednej nocy
można było zobaczyć na scenie pięciu czy sześciu znanych
Jamajczyków, a przerwy między ich występami wypełniały
sound systemy. Wielu skinheadów stało się prawdziwymi
kolekcjonerami jamajskiej muzyki, poświęcając jej
każdą wolną chwilę, nie mówiąc już o każdym zaoszczędzonym
pensie, poszukując najnowszych nagrań w lokalnym sklepie
z płytami reggae. Każdy wiedział w jakim dniu tygodnia
do sklepu przychodzi nowa dostawa i był to najlepszy
dzień by je zdobyć i zrobić wrażenie na swoich kumplach.
Najbardziej lubiano materiały importowane z Jamajki,
ponieważ zanim nagrania studyjne reggae stały się
powszechne w UK, nie było do tej muzyki szerszego
dostępu. Idol skinów Judge Dread schodził nawet do
doków razem z innymi operatorami sound systemów by
kupować płyty prosto ze statków i wyprzedzać w ten
sposób konkurencję. Posiadanie przyzwoitej kolekcji
płytowej było powodem do dumy, a powszechna praktyką
stało się wówczas wyskrobywanie z singli nazw piosenek
i imion wykonawców, przez co twoi kumple nie mogli
łatwo się zorientować jakie są twoje ulubione kawałki.
Stary chwyt zaczerpnięty z czasów wojen między sound
systemami w latach 60-tych na Jamajce. Niektórzy skini
otworzyli nawet swoje własne sound systemy, które
miały konkurować z tymi bardziej doświadczonymi, prowadzonymi
przez czarnych. Linia basu w reggae mogła zagłuszyć
nawet najbardziej hałaśliwych mówców, kiedy rywalizujące
sound systemy walczyły między sobą o uwagę publiczności.
Młodsi skini czyli generalnie większość skinów musiała
słuchać płyt w domach kumpli albo w lokalnym klubie
młodzieżowym. Niektóre sound systemy obsługiwały nawet
szkolne potańcówki. Kiedy była po temu okazja, skini
wystawali przed koncertami, słuchali muzyki i starali
się sprawiać jak najlepsze wrażenie i udawać, że są
tak twardzi jak starsi załoganci. Jeśli nic się nie
działo, najlepszym miejscem do wystawania wydawały
się rogi ulic. Do momentu gdy jakiś dziadyga nie zatelefonował
po policję by was stamtąd przepędzić. Kolejną rzeczą,
którą nie zawsze udawało się młodemu skinowi zdobyć
była odpowiednia garderoba. Niewielu starszych skinheadów
miało pieniądze na zakup pełnej szuflady Ben Shermanów,
a jeśli tkwiło się ciągle w szkole to było to szczególnie
trudne. Wciąż można było jednak czekać na dzień urodzin
czy Boże Narodzenie. A na nadchodzącą sobotę wszystko
czego potrzebowałeś to była para glanów i forsa na
bilet na mecz, albo trochę sprytu by się prześlizgnąć
pod kołowrotkiem.
Potencjalni zadymiarze, głównie skinheadzi
z ogolonymi głowami, w ogromnych, bulwiastych glanach
i podciągniętych spodniach podtrzymywanych przez wąskie
szelki, zostali poddani dokładnej policyjnej kontroli
zanim weszli na stadion. Policjanci szukali szmuglowanych
na trybuny butelek, gwoździ, pilników, kawałków ołowiu,
cegieł i haków rzeźnickich. Niektórzy posiadacze glanów
z blachami też nie zostali wpuszczeni. / Dermot Purgavie,
relacja z meczu Arsenal - Chelsea, 1969
Stadion piłkarski był tym wyjątkowym miejscem gdzie
wszyscy skinheadzi z miasta czy dzielnicy trzymali
się razem. Każdego innego dnia tygodnia, w miarę możliwości
kręciłeś się ze swoją załogą, spotykając innych tylko
na potańcówkach albo po to by wyrównać rachunki. Ale
przychodziła sobota i wszystkie lokalne spory zostawały
na tą chwilę odsuwane na bok, kiedy wartość i siła
waszej drużyny piłkarskiej i miasta zostawały poddawane
próbie przez przyjezdnych fanów. Pierwsze grupy skinheadów
włączyły się do akcji w sezonie 1968/69, a drużynami
które wydeptywały szlak były Leeds United, Liverpool
i Everton. Nic bardziej nie rozpowszechniło stylu
skinhead niż podróżujące na mecze wyjazdowe załogi,
które mogły wejść do akcji zarówno przed, po jak i
w trakcie spotkania. Przed rozpoczęciem nadchodzącego
sezonu nawet wcześniejsze układy i sztamy poszły w
diabły, a kłopoty objęły wszystkie cztery ligi plus
ligę szkocką.
Około 150 skinheadów, podczas drogi powrotnej
do domu z meczu Arsenal - West Ham rozgrywanego na
Highbury zdemolowało skład metra, kiedy odjeżdżał
ze stacji Farringdon przy Holburn Circus. Rozbito
okna i oświetlenie powodując straty rzędu 250 funtów.
/ relacja prasowa z 1969
Każda drużyna z południa miała kibolską załogę skinheadów,
tak samo większe kluby z północy. Pierwsze łupy w
sezonie zdobyli chłopaki z Portsmouth polując po towarzyskim
meczu na długowłosych neandertalczyków z Manchester
City po całym Fratton Park, a następnie wszczynając
dymy w Blackpool w dniu otwierającym sezon. Nie minął
tydzień a The Football Mail dał na pierwszą stronę
artykuł o "skinowskim zagrożeniu", a poziom przemocy
napędził kanapowym strażnikom moralności niezłego
stracha. Drużyny takie jak Manchester United ze swoją
niesławną Red Army czy duże londyńskie kluby mogły
liczyć swoich skinowskich zwolenników na tysiące,
a nawet mniejsze kluby jak Crystal Palace były regularnie
odwiedzane przez kilkuset łysych. Na północy futbol
był dla ruchu skinhead o wiele ważniejszy niż muzyka,
tak więc strój ze stadionu czyli koszula, dżinsy i
glany stał się normą również na noce. Drużyny jak
Sunderland i Newcastle, pomiędzy którymi była wielka
rywalizacja, miały po 2 000 skinów gotowych na walki
podczas derbów. Awantury początkowo koncentrowały
się wokół zajmowania przez przyjezdnych trybuny na
której zwykle siedzieli miejscowi fani lub rozpoczynania
zbrojnej inwazji w nadziei, że przeciwnicy zechcą
zrobić to samo. Zajęcie trybuny zależało od dostania
się tam przed grupami miejscowych co zmuszało ich
do stania gdzie indziej. Zdarzało się też, że przeganiano
ich w trakcie meczu, zwykle po zdobytym golu. Początkowo
policja reagowała bardzo ślamazarnie, ale wkrótce
nauczyła się rozdzielać rywalizujące grupy z większą
skutecznością, tak więc chuligani zaczęli organizować
walki poza stadionami. Robiono zasadzki na dworcach
kolejowych, niszczono puby, miejscowi ze schowanymi
barwami klubowymi czatowali na uboczu na przyjezdnych
i vice versa. Przy okazji meczów używano regularnie
różnych rodzajów broni. Mogły to być butelki, roztrzaskane
cegły, rzutki, ostrza brzytew w pomarańczach, metalowe
gwiazdki do rzucania, gazrurki czy inne podobne narzędzia
(...). W użyciu były nawet śrutówki czy dubeltówki.
Najlepszą ze wszystkich broni była jednak para glanów
z blachami w czubkach, nic dziwnego że wkrótce policja
zakwalifikowała je jako broń ofensywną i trzeba je
było niechętnie zostawiać w domach. Glany szybko stały
się obiektem dużego zainteresowania ze strony glin.
Na początku konfiskowano regularnie sznurówki, co
utrudniało możliwość biegu czy walki. Doszło do zabawy
w kotka i myszkę, kiedy skini zastępowali sznurówki
kabelkami czy zapasową para ukrytą w kieszeni, albo
biegli po nowe do najbliższego sklepu. Policja zaczęła
zakazywać sprzedaży sznurówek w sklepach w okolicy
stadionu i dokładnie przetrząsała ci kieszenie. Wkrótce
wymyśliła jednak środek, który ostatecznie zniechęcił
skinów do zakładania ciężkich butów na mecze. Kiedy
skinheadzi wychodzili ze stadionu ustawiano ich w
szereg i kazano ściągać glany. Buty zostały rzucane
na wielki stos, a ich właściciele musieli stać w skarpetkach,
aż przyjezdni fani zostaną przeeskortowani ze stadionu
na bezpieczną odległość. Oczywiście to dawało bystrzejszym
skinom szansę na złapanie lepszej pary butów, gdy
już wolno było je założyć, ale najgorsze z tego wszystkiego
było to, że stos glanów miał zadziwiające właściwości
mieszania obuwia niczym pralka. To jest dość wkurzające
kiedy wrzucasz do prania parę skarpetek a wypływa
tylko jedna, a podskakiwanie ze stadionu do domu w
jednym bucie nie było w końcu takie zabawne. Normą
stało się przeszukiwanie przez policje przy kołowrotkach
i w tym momencie ważną role zaczęły odgrywać dziewczyny.
Mogły wnosić broń na mecze stosunkowo łatwo, ponieważ
były rzadko przeszukiwane z powodu braku kobiet-policjantek
na służbie przed stadionem. Tylko policjantki mogły
należycie obszukać dziewczynę i było łatwo tego uniknąć
podążając do wejścia przy którym ich nie było. Nie
to było jednak głównym powodem dla którego dziewczyny
przychodziły na stadiony. Większość po prostu towarzyszyła
swojemu chłopakowi albo miała nadzieję znaleźć sobie
nowego. Innym podobał się jakiś gracz albo naprawdę
lubiły futbol. Ale najlepsza historia jaką kiedykolwiek
słyszałem była o futbolowym gangu złożonym wyłącznie
z dziewczyn, które mogły się mierzyć z najlepszymi
gangami chłopaków. Oczywiście, na stadionach było
dużo dziewuch, które potrafiły pomóc swojemu chłopakowi
w kłopotach, a niektóre uderzały lepiej niż niejeden
gość, ale co się tyczy tych mocnych amazonek, to każdy
słyszał o jakiejś, ale faktycznie nigdy nie widział
żadnej w akcji. Pomyślcie tylko, było mnóstwo "twardzieli",
którzy zwiewali jak panienki, więc może stąd się to
wzięło. Mimo, że broń na stadion był wnieść coraz
trudniej, kibice mieli swoje sposoby. Zwijano na przykład
mocno gazetę, by uformowała tak zwaną millwalską cegłę,
a następnie owijaną nią metalowe monety i powstawał
przyzwoity kastet. Trudno cię było zatrzymać za posiadania
garści drobniaków w kieszeni i Daily Mirror pod pachą.
Największą radochę dawała podróż na mecz wyjazdowy.
Kibice futbolu jadący do nie odkrytych lądów, obrzucanie
obelgami rywali podczas drogi na stadion i szczęśliwe
uwolnienie się od policyjnej eskorty, dzięki czemu
można było toczyć bitwy z przeciwnikami. Często taka
"bitwa" kończyła się na rzucaniu butelkami, ganianiu
się i wyzwiskach, ale niektóre awantury na stadionach
przybierały formę prawdziwych zamieszek.
Skinheadzi znowu dali o sobie znać podczas
tego weekendu. Toczyli walki z policją i straszyli
kibiców na meczach piłkarskich. Szukali zadym do których
mogliby się przyłączyć. Przerwali mecz w Rochdale
i wszczeli awantury na meczu rugby w Leeds transmitowanym
przez telewizję / The Sun, 1970
Normą stało się demolowanie pociągów w drodze powrotnej,
co (jeśli nie coś innego) zmusiło koleje brytyjskie
do zmiany terminu przydatności na swoje tabory kolejowe,
gdy coraz więcej starych wagonów zostawało wycofywanych
z użytku. Walki skinheadów podczas meczów były pożywką
dla prasy, a potępiające artykuły tylko przydawały
temu reklamy i rozpowszechniały futbolowy chuliganizm.
Wszystkie te liche teorie o rozbitych domach, kiepskich
szkołach i zepsutych dzielnicach może i miały w sobie
trochę racji, ale prawda była taka, że młodzież lubiła
i nadal lubi futbolowy chuliganizm przede wszystkim
dlatego, że sprawia im to przyjemność. Proste jak
drut. Propozycje wychodzące od tego zatroskanego społeczeństwa
jak temu zaradzić były bardziej przepełnione przemocą
niż sam problem. "Wybatorzyć ich publicznie podczas
przerwy, wychłostać ich, przywrócić obowiązkową służbę
wojskową, włożyć więcej dyscypliny w ich życie". Wspaniały
materiał. Nie tylko na stadionach były przyjemniaczki.
Chrońmy się od nich okopami. Bobby Robson z Ipswich
Town poszedł nawet tak daleko, że przemawiał za użyciem
miotaczy ognia przeciw awanturnikom z Millwall! (*londyński
klub słynący z najbardziej agresywnych chuliganów).
A zrobiono z niego później menedżera reprezentacji
Anglii! Głupkowaci socjologowie, którzy uważali, że
skini w ogóle nie interesowali się tym co się działo
na boisku, byli w grubym błędzie. Mogli powiedzieć,
że nie byli prawdziwymi kibicami, ale niektórzy skinheadzi
byli bardziej lojalnym zwolennikami swojej drużyny,
zarówno u siebie jak i na wyjeździe niż zwykli futbolowi
chuligani. Telewizja na trwałe zmieniała piłkę, robiąc
ją grą ciągłych powtórek, gdzie każdy ruch jest analizowany.
Jeśli tym miał być futbol to kto do diabła chciałby
oglądać co tydzień takie gówno jak Maidstone United?
Może ci usadowieni bezpiecznie w swoich kabinach mają
czas by biernie śledzić każdy ruch, ale życie na trybunach
to zupełnie inna historia. Tam gdzie gra to nie tylko
podania, wrzutki i strzały, ale gdzie namiętność,
zaangażowanie i zamiłowania są równie ważne. Poza
tym zawsze znajdzie się jakiś wielki bastard, który
stanie przed tobą, tak że na pewno nie zobaczysz wszystkiego.
Skinowskie walki nie ograniczały się wyłącznie do
stadionów, do tego było jeszcze daleko. Większość
z nich była związana z lokalnymi gangami skinów pochodzącymi
z pewnych części miasta, osiedla czy wsi. Czasami
gangi mogły wywodzić się nawet z danej ulicy czy składać
się z gości, którzy odwiedzali regularnie jakiś pub,
kafeję czy frytkarnię. Terytorium było wszystkim.
Skinowska odzież reprezentowała podstawowe uniformy
gangu. To było stylizowane na twardy, robotniczy wygląd,
ale nie musiałeś być skinem, żeby prezentować podobną
filozofię. Dla niektórych był to styl, dla niektórych
moda, ale nie mogłeś ostrzyc włosów, założyć glany
i przyłączyć się do armii skinheadów bez zaakceptowania
niektórych ich wartości. Bycie w gangu dawało potężne
poczucie przynależności, a z tego brał się szacunek
i lojalność wobec swoich kumpli oraz duma z reputacji
twego gangu. Prawo dżungli jest honorowane przez przestępców.
A jeśli nie byłeś skinem, ani nie należałeś do żadnego
gangu, czułeś się bardzo samotnym. W każdej grupie
zawsze znajdziesz liderów, zabijaków, bawidamków,
klaunów oraz frajerów i głupków wioskowych którzy
obrywają za innych. Rdzeń gangu był zawsze oparty
na tych którzy wciąż szukali sposobności do walki
i na tych którzy byli w tym dobrzy. Oddział w glanach
który atakował pierwszy i wychodził z walki najlepiej,
kumple którzy byli z tobą na dobre i na złe. Oczywiście
każdy wiedział, że ich gang jest najlepszy. Jeżeli
dostawało się lanie to dlatego, że przeciwników było
więcej, byli sprytniejsi, albo działali z zaskoczenia,
ale nigdy nie pokonano was w uczciwej walce. Nawet
porządne lanie można było uważać za jakiś rodzaj zwycięstwa,
jeśli zdołałeś uciec do domu by wylizać rany. Dwa
pęknięte żebra i złamany nos, być może, ale to ty
śmiałeś się ostatni gdy uciekając bełkotałeś "bastardy
!". No i oczywiście był zawsze następny raz.
Nienawidzę kudłaczy... Tego całego gadania
o miłości i pokoju i tych wszystkich ciuchów. Oni
są złodziejami. Chodzi mi o to, że ja zarabiam na
swoje utrzymanie, a także na ich zasiłek. Większość
z nich ma nienaganny akcent i chodziła do prywatnych,
ekskluzywnych szkół. / Jimmy, 17 letni skinhead z
Bethnal Green, East London
Gangi skinów wynajdowały problemy wszędzie tam gdzie
się pojawiły. W parku po szkole, w wesołym miasteczku,
obok taniego sklepu, odwiedzając jarmark... A jeśli
kłopoty nie znalazły ciebie to oczywiście ty szedłeś
ich szukać. Odwiedzanie terytorium innego gangu, czy
podrywanie ich dziewczyn dawało ci pewność jak w banku,
że skończy się to zadymą. Albo to, albo można było
wybrać się na kogoś kto wyglądał tak, że zasługiwał
na lanie. Każdy kto nie pochodził z twojego terytorium
mógł być potencjalnym celem skinowskiego ataku, a
to znaczyło każdego gościa z rywalizującego z wami
gangu i każdą nieszczęśliwą duszę na twej drodze,
która była po prostu w złym miejscu, o złym czasie.
Takie cele różniły się w zależności od dzielnicy.
W okolicach koszar najchętniej tłuczono wojskowych,
mimo że wielu skinów też się zaciągało do armii, w
miasteczkach uniwersyteckich polowano na studentów
i tak dalej. Pedały i każdy kto choć trochę ich przypominał
byli często obiektami ataków, szczególnie gdy przeciw
jednemu było dziesięciu chętnych do zorganizowania
małej zadymki. Gazety rozpisywały się pewnego razu
o dziadku klozetowym pobitym przez skinheadów, ponieważ
wzięli go za starego świńtucha, który nie powinien
włazić do toalety dla mężczyzn. Odpowiednim celem
byli też hippisi. zawsze postrzegano ich jako nic
więcej niż brudasy, nie uczesane pasożyty, buntownicy
bez powodu i totalni dziwacy niechętni wobec pospolitych,
tradycyjnych wartości, którym hołdowali skini. Niezbyt
wielu przechodziło przez skinowskie terytoria z własnej
woli, ale nawet ci którzy się tam nie zapuszczali
często byli celami skinowskich poszukiwań i niszczycielskich
misji.. Nie było trudno ich wytropić, wystarczyło
znaleźć lokalny squat, albo udać się na festiwal muzyki
pop, by dobrać się im do skóry. De facto to właśnie
bicie hippisów sprawiło, że o skinheadach zaczęto
pisać w gazetach. Głośnym wydarzeniem we wrześniu
69-tego było przejęcie przez hippisów wielkiego domu
w Londynie, a na zewnątrz tłumy gapiów mieszały się
z policją i gangami skinheadów, którzy tym razem mieli
jednak wspólny cel - rozwalenie squatu. Tylko pojawienie
się Hell's Angels na Picadilly 144 powstrzymało skinów
od zaatakowania budynku. Na festiwalach muzyki pop
nie można było się przepchać przez tłumy hippisów,
szczególnie gdy był darmowy wstęp. Ogromny koncert
The Rolling Stones w Hyde Park w lipcu '69 przyciągnął
250 000 ludzi. Również tu zapłacono Hell's Angels
by pilnowali porządku, ale to nie powstrzymało skinheadów
przed daniem wycisku paru hippisom. Przez następny
rok bezpłatne festiwale pop organizowane były dosłownie
wszędzie, między innymi ponownie w Hyde Park, na wyspie
Wight czy w Bath, a na każdy tłumnie spieszyli hippisi.
Oczywiście miejscowi skinheadzi próbowali doprowadzić
ulicy do porządku i czystości, ale było to niewdzięczne
zadanie. Nawet krytyk muzyki pop, Jonathan King, który
sam w sobie nie był żadnym przyjacielem skinów określił
tłum w Bath jako "szary, brudny, ponury i nachmurzony"
oraz " śmierdzący od nie zmienionych skarpetek i nie
pranej bielizny" W dodatku jasne było dla wszystkich,
że Bóg jest po stronie skinheadów, bo przy okazji
takich imprez zawsze lało i długowłose bastardy były
przemoczone do suchej nitki. Często słyszało się o
rozejmach zawartych między skinheadami a hippisami,
ale tak naprawdę nigdy nie sięgały one dalej niż poza
strony International Times, a że większość skinów
nie czytała tych hippisowskich bzdur, to pomysł umierał
tuż po narodzeniu. Ot, gadanie. Nie istniała też przyjaźń
pomiędzy skinami i Hell's Angels nawet gdy wokół nie
było hippisów. Częste starcia miały miejsce w nadmorskich
kurortach i miastach, w których istniały załogi angelsów
czy jakieś inne motorowe gangi. Toyah Wilcox, ta znana
jako gwiazda muzyki pop, opowiadała raz o rywalizacji
pomiędzy skinami i angelsami w zachodniej części kraju,
która oczywiście skończyła się nagle, kiedy pewnego
ranka znaleziono odciętą wygoloną głowę na przejściu
dla pieszych. Nic dziwnego, że później wyjechała na
owczą farmę do Barnet. W Whitby w hrabstwie Yorkshire
angels został zasztyletowany na śmierć przez skinheada
za podkradnięcie mu dziewczyny. Jeden do jednego.
Nie lubimy greaserów bo się nie myją i noszą
te skóry i tłuste włosy. Oni są po prostu brudni,
a ich dziewczyny jeszcze brudniejsze. Więc kiedy się
ich spotyka ma się ochotę im przywalić. / 16 letni
skin z Margate, 1969
Prawdę powiedziawszy, większość skinheadów odczuwało
podziw pomieszany z zazdrością wobec prawdziwych motocyklistów
ze względu na styl życia jaki prowadzili i tego w
co wierzyli. I nie było zbyt wielu czternastoletnich
skinów na tyle odważnych by wszczynać z nimi bójki.
(...) Ale zmotoryzowani młodzieńcy ubrani w skóry,
z piosenki Peter & The TTB, którzy myśleli, że są
Hell's Angels to zupełnie inna sprawa. Tak jak modsi
toczyli bitwy z rokersami, tak skinheadzi walczyli
z greasersami (*greaser - angl. flejtuch, brudas od
słowa greasy - zatłuszczony, brudny). Greaser był
oczywiście potomkiem rokersa, choć obydwaj byli prawdopodobnie
tym brakującym ogniwem pomiędzy człowiekiem a małpą,
którego antropolodzy szukają w skamieniałościach.
Chodzi mi o to, że jedni i drudzy to brudne mordy.
Greaser po prostu kochał brud. Co śmieszniejsze skinheadzi
od pewnymi względami mieli więcej wspólnego z greasersami
niż z modsami. W brutalnej rzeczywistości skinowskiego
świata nie było oczywiście miejsca na wymodelowane
włosy, podnoszenie leżących niedopałków czy makijaż
u chłopaków. Podczas gdy jednak duch mods leżał w
indywidualności to skinheadzi bezsprzecznie dążyli
w kierunku uniformizacji, która brała się z przynależności
do jakiegoś supergangu. Z drugiej strony greaser podzielał
skinowski punkt widzenia na takie sprawy jak męskość,
męska dominacja i męska solidarność, ale to w zasadzie
było już wszystko, bo pod każdym innym względem obie
grupy podążały swoimi własnymi ścieżkami. Mieli zasadniczo
odmienne poglądy na styl ubierania się, muzykę, schludność
czy środki transportu. Podczas gdy greasersi używali
zazwyczaj motorowerów, skinheadzi jeździli Fordami
Anglia, na skuterach, albo po prostu autobusami czy
pociągami. Nienawiść skinów wobec greasersów sięgała
zenitu podczas walk z okazji świąt w nadmorskich kurortach
po całym kraju. Skinheadzi zawsze liczebnie przewyższali
greasersów, ale byli zwykle od nich młodsi, tak więc
siły były bardziej wyrównane niż by się to mogło wydawać
na pierwszy rzut oka. Nie było niczego co gang skinheadów
lubił bardziej od dorwania samotnego greasera, wówczas
potrzebny był mu do odganiania się każdy centymetr
łańcucha z jego motoroweru. Zadymy na meczach i podczas
świąt były idealne by wstrząsać środkami masowego
przekazu, ale skinowska przemoc, która wzbudziła największe
zainteresowanie była skierowana przeciw azjatom żyjącym
w Brytanii. Istotnie źle się działo, a paki-bashing
(tłuczenie Pakisów) stało się na tyle głośne, że było
w tym czasie jednym z ważniejszych tematów w rozmowach
pomiędzy brytyjskim a pakistańskim rządem.
Przywódcą Stepney Mob jest Mickey Steal, 18
letni syn nadzorcy z fabryki herbaty. W jego gangu
jest 50 młodzieńców, niektórzy z nich są kolorowi,
co zadaje kłam sugestiom, że paki-bashing jest spowodowane
wyłącznie rasową nienawiścią. / Eugene Hugo, 1970
Atakowano nie tylko Pakistańczyków. Hindusi, Bengalczycy
i inni azjaci określani byli mianem "Pakis" i wszyscy
byli potencjalnymi ofiarami skinowskich napaści. Ale
to nie były zwykłe rasistowskie ataki jak uważało
wielu komentatorów. W istocie brali w nich udział
nie tylko skinheadzi i biała młodzież, ale również
młodzi Grecy, imigranci z Karaibów i inni kolorowi.
Problem był naprawdę złożony. Z jednej strony Brytania
dotknięta była histerią o to, że kraj jest zalewany
przez cudzoziemców, podsycaną w dodatku przez tyrady
Enocha Powella w kwietniu 1968. Przez to stracił on
swoje miejsce w gabinecie cieni, ale nie ma wątpliwości,
że pochwycił panujące wówczas wśród brytyjczyków nastroje,
co znalazło potwierdzenie w dniu wyborów. Powell otrzymał
dziesiątki tysięcy listów poparcia, a zarówno dokerzy
jak i tragarz maszerowali z East Endu do Gmachów Parlamentu
by zamanifestować, że się z nim zgadzają. Z drugiej
strony był duży napływ imigrantów ze środkowej Azji
czy Ugandy, którzy trzymali się mocno ze sobą w zamkniętych
wspólnotach i nie byli naprawdę zainteresowani staniem
się częścią społeczeństwa w którym się znaleźli. Azjaci
mieli swoje własne kafeje, kina i meczety do których
chodzili i byli tu tylko by znaleźć pracę i posyłać
pieniądze do swoich rodzin do ojczyzny. Większość
nawet nie potrafiła mówić po angielsku, a co gorsza
nie potrafili grać w piłkę nożną. Kolor ich skóry
powodował, że łatwo można było z nich zrobić kozły
ofiarne za problemy nawiedzające kraj, który co prawda
wygrał wojnę, ale nie potrafił wygrać pokoju. Azjatów
postrzegano jako konkurentów, którzy mogą zabrać pracę
i domy, w czasie kiedy w przemyśle ciężkim następowały
masowe zwolnienia, a tradycyjne robotnicze społeczności
były zagrożone ze strony planistów miejskich, którzy
zamierzali zrezygnować z budowy tanich, wielopiętrowych
bloków. Wszystko to oraz fakt, że Azjaci nie organizowali
samoobrony robiło z nich będący pod ręką cel, który
można było łatwo grzmotnąć w usta. Wielu młodych skinów
mogło uważać starego Enocha za bohatera, ale dla większości
ich związki ze zorganizowaną polityką kończyły się
na poczęstunku herbatą i ciastkami u młodych liberałów
w Skegness podczas świąt. Większość skinów była za
młoda by móc głosować, ale bez wątpienia najpopularniejszym
wyborem była lewicowa Partia Pracy. Paki-bashing czy
Paki-rolling (walcowanie Pakisów), jak często nazywano
obijanie Azjatów, nie było z pewnością częścią jakiegoś
skrajnie prawicowego spisku. Azjaci byli po prostu
kolejna pozycją na liście skinowskich wrogów tak samo
jak hippisi, pedały, zboczeńcy, greasersi i każdy
kto spojrzał na ciebie krzywo.
Na jakimś squacie była ta obrzydliwa dziewczyna.
To była najgrubsza rzecz jaką widziałem w życiu...
i najbrzydsza. Wyglądała, że jest od Hell's Angels.
Cóż, pomyślałem, że dla skinheada posunąć dziewczynę
Hell's Angels to straszne przeżycie. Oto dlaczego
znalazłem się w szpitalu Stratford. / John Butler,
20 letni skin z East Ham, 1970
Karaibów już wtedy wchłonął brytyjski styl życia
i oczywiście ogniwem łączącym była muzyka reggae.
Powiedzmy jednak szczerze, że sprawy nie zawsze wyglądały
tak słodko i różowo. Gangi czarnych skinów często
zwanych afro boys mogły ścierać się z gangami białych
czy nawet gangami wielorasowymi, ale to wszystko wynikało
raczej z walki o terytoria niż z koloru skóry. Kiedy
nikt nadający się do zaczepki nie wychodził z ostatniego
pociągu, wówczas skini kierowali swoja energię na
wyrządzanie jakiś innych szkód. W niektórych miejscach
popularne były przejażdżki podkradzionymi na jedna
noc samochodami, można było też kręcić się wokół lokalnego
sklepu na rogu ulicy, a każdy kto roznosił gazety
mógł ci powiedzieć, gdzie jest coś do podwędzenia
bez zbytniego wysiłku. Na murach wisiały automaty
z papierosami i słodyczami, w ciągu paru sekund zrywano
taką i zabierano w ustronne miejsce do wypatroszenia.
Można było wówczas zobaczyć kto w załodze jest głupkiem.
Podczas gdy ty byłeś zajęty pakowaniem do swoich kieszeni
pieniędzy, oni zbierali gumy do żucia. Drobne przestępstwa
nie były domeną wyłącznie skinheadów. To była po prostu
część dorastania i wciąż jest to popularne wśród dzieciaków,
bardziej niż to zgredy podejrzewają. Awantury były
częścią przesadnego podejścia skinów do robotniczego
poglądu na życie. Zdarzało się, że było to na tyle
złe, że mogło prowadzić do zabójstwa, ale zasadniczo
ograniczało się do niegroźnego zuchwalstwa. Skinheadzi
uwielbiali swój pełny przemocy wizerunek. Trafianie
na łamy gazet jest zawsze dobre dla poprawy stanu
ducha. Nawet bycie zaaresztowanym miało swoje dobre
strony, bo gdy wychodziłeś to traktowano cię jak osobę
królewską, oczywiście jeśli nie trafiłeś tam na dłużej,
bo po wyjściu twoi kumple byli już żonaci, uspokoili
się, albo wyprowadzili gdzieś indziej. Bycie skinheadem
wkrótce stało się niebezpieczne w samym sobie i nie
mogłeś wyrzucić nawet papierka od cukierka by nie
zostać spałowanym. Glinom wystarczyło tylko, że zobaczą
ostrzyżoną głowę i glany. Uważano, że sprawiasz kłopoty
nawet gdy zajmowałeś się wyłącznie swoimi sprawami.
A jeśli stanąłeś przed sądem, a sędziemu przed tygodniem
jakiś małoletni skin porysował samochód, to miałeś
gwarancje, że wyrok nie będzie dla ciebie korzystny.
Kiedy nie ma butelek ani brzytew, a są tylko
glany, jest fajnie się przejść. Chodzi mi o to, że
każdy może wtedy zebrać niezłe kopy. / Georgie, 16
letni skin z Londynu
Pod koniec 1970 wielu starszych skinheadów zaczęło
się wyłamywać. Ruch zaczął składać się z przemocy
i małolatów, którzy myśleli, że to w skinhead jest
właśnie najważniejsze. Skinheadzi z Luton nie mogli
nawet wychodzić na ulicę, po tym jak gliny wprowadziły
dla nich godzinę policyjną po serii incydentów z Azjatami,
greasersami i rywalizującymi skinowskimi gangami.
Niektórzy skini może szukali problemów, ale im byłeś
starszy tym się bardziej uspakajałeś i bardziej istotne
rzeczy zaprzątały twoją uwagę. Po co szukać zadymy,
kiedy rodzice twojej dziewczyny właśnie wychodzą na
całą noc? Wszystko co dobre prędzej czy później się
kończy, a ruch skinhead zaczynał już śpiewać swoją
łabędzią pieśń. Ale wciąż tlił się płomień, a skini
nie wyrzekli się tego wszystkiego tak łatwo. Glany
i szelki może zostały zdjęte, ale duch 69-tego był
wciąż żywy.
<< powrót