Z MŁYNA DO LOŻY VIP
Wchodzenie kibiców w struktury klubu to coraz powszedniejszy
widok, szczególnie w klubach z niższych lig, o bogatej
historii. Z reguły są to młode osoby z wieloletnim
kibicowskim stażem, które kierowane ideą odbudowy
świetności swojego klubu, wnoszą orzeźwiający wiaterek
w zatęchłe środowisko starych działaczy, bo entuzjazm,
optymizm, ogrom motywacji, często podparty merytorycznym
przygotowaniem, to największe atuty tych osób. Zaangażowanie
w działalność klubową wpisuje się w naturalną drogę
kibica, który osiągając pewien wiek, podejmując pracę,
zakładając rodzinę, gdzieś z tyłu zostawia wariackie
życie na trybunach, szukając spokojniejszego sposobu
na wspieranie klubu. To między innymi tacy ludzie
trafiają do różnorakich stowarzyszeń, grup wparcia,
a najlepsi trafiają do zarządów klubu, czy piastują
inne poważne funkcje. Dziś także ja stanąłem u progu
tej drogi i z dnia na dzień zdaję sobie sprawę, ile
pułapek czeka mnie na niej. Pułapek, które dotykają
wielu mi podobnych i w których część wcześniej, czy
później wpadnie.
Funkcja kibica-działacza to istne rozdwojenie jaźni.
Widząc od środka działanie klubu, złożoność problemów
go trapiących, po prostu mając szerszy horyzont na
sprawę, niż z perspektywy stadionowego siedziska,
poglądy na pewne sprawy muszą się zmienić. Po prostu
czarne i białe nie istnieje, a zastane problemy są
najczęściej szare. Takiego stanu rzeczy nie chcą z
kolei do świadomości przyjąć koledzy po szalu. Dla
nich sprawa jest prosta. Trenerowi X trzeba wp*****,
sponsorowi Y podziękować, a uśmiechnąć się do kasiastego
Z. Gdyby to było takie proste... Zarządzanie klubem
to skomplikowana maszyneria, sieć powiązań, polityka,
układy, których od razu przerwać nie można, co nie
przeszkadza ich uzdrawiać. Siedząc w strukturach klubu
twoim zadaniem jest rozwiązywanie problemów i budowanie
nowej jakości. Krytyką, barwnymi happeningami, czyli
metodą którą posługiwałeś się dotychczas, już tego
nie zrobisz. Z czasem starasz się nawet wyciszać takie
akcje, bo zależy Ci na dobrym wizerunku klubu. To,
co wcześniej bez obawy mogłeś powiedzieć dziennikarzowi,
kibicom, napisać w internecie, teraz otaczasz zmową
milczenia, bo wiesz, że każdy nowy smród może tylko
zaszkodzić klubowi poszukującemu na gwałt sponsorów.
Takim zachowaniem stajesz się wiarygodny w oczach
innych działaczy, bo na wywlekaniu na światło dzienne
brudów, prowadzeniu jednoosobowych wendet przeciwko
wszystkim, daleko się nie zajedzie i takiego konia
trojańskiego szybko się wyrzuca na bruk.
Oczywiście umiejętność współżycia i kompromisu nie
wyklucza zasad, których jakby więcej w duszy kibica
zaangażowanego uczuciowo w klub, w którym działa.
A czas działa na Twoją niekorzyść, bo kibice jak to
kibice, wiążą z Twoją osobą wielkie nadzieje i oczekują
szybkich zmian na lepsze. Sympatia trybun i wciąganie
kibiców w życie klubu jest nieocenione, szczególnie
w małych i biedniejszych klubach. Przy okazji wychodzi,
że praca w klubie jest nad wyraz czasochłonna, co
powoduje mniejszy kontakt z kolegami kibicami, mniej
imprez integracyjnych i innych uciech, w tym tych
ekstremalnych, których nie wypada już robić, a za
które można z zszarganą opinią wylecieć z klubu z
hukiem... To też trzeba przemyśleć, rzucając się w
wir pracy kibico-działacza i tylko ci w stanie chuligańskiego
spoczynku powinni się za to brać. Po co szkodzić sobie
i innym?
Wielką pułapką są oczekiwania klubu (całkiem sensowne),
że biorąc kibica do władz klubu, likwidują jednocześnie
"problem z kibicami i chuliganami". To właśnie
"ich" człowieka wysyła się na pierwszą linię,
jako tego, który ma uspokoić nastroje, wytłumaczyć
zakazy i inne restrykcje. Jak szybko można stracić
autorytet w ten sposób, tłumaczyć nie trzeba. W razie
draki klub oczekuje twardej postawy, potępienia chuligańskich
wybryków, które w praktyce okazują się odpaleniem
pirotechniki, nieprzyjaznymi okrzykami na sędziego
lub leniwych kopaczy, czy noszą znamiona politycznej
niepoprawności. Ta tematyka nie obca jest również
stowarzyszeniom kibiców. Puszczenie oka w takim oświadczeniu
nie zawsze jest możliwe i naraża osoby podpisujące
się pod takimi treściami na spadek zaufania u wszystkich.
U tych co rozrabiają i u tych spokojnych, którzy wiedzą
że apel, protest jest tylko na papierze, a ich autorom
odbierają dobre intencje.
Kolejne zagrożenie to finansowe pokusy i smak władzy.
Wizja kariery, awansu, pensji i innych bonusów potrafi
zwichrować nawet ludzi o mocnym kręgosłupie. Nie bez
przyczyny kilka osób znanych ze światka kibicowskiego,
które przeniknęły w struktury klubu, nie ma dziś dobrych
notowań, a bywają też tacy, których się wręcz przeklina,
a ich zachowanie pokazuje, że idee i zasady kibica
już dawno porzucili w kąt. Trzeba więc uważać, by
pewność siebie nie zgubiła, bo robienie interesów
na kibicach przyjmowane jest przez szalikowe doły
nieufnie. Tym bardziej, że społeczeństwo mamy wredne
i zawsze znajdą się tacy, którym nic się nie podoba,
które będą szukali dziury w całym, ale z tym to już
ludzie na świeczniku powinni się liczyć wcześniej.
Odporność psychiczna na takie ataki jest niezbędna.
Zachować w tym wypadku lojalność wobec klubu i kibiców
jest niezmiernie trudna, a punktów zapalnych na linii
kibice-klub nigdy nie brakuje. Jak w takim wypadku
dogodzić wszystkim i nie stracić w oczach każdej ze
stron? Kompromis oczywiście jest możliwy i ze swoim
człowiekiem łatwiej gadać. Trzeba jednak chcieć i
być przygotowanym na to, że pewne ustalenia od czasu
do czasu są łamane. Tacy są już spontaniczni piłkarscy
fani...
Drogą, którą postanowiłem Wam przedstawić, kroczyć
będzie niewielu z Was. Jest to poważne wyzwanie, diametralnie
zmieniające życie kibica, lecz z drugiej strony dające
ogromną satysfakcję. Mam na myśli oczywiście pracę
społeczną, bo na ciepłe klubowe etaciki załapie się
garstka. Są przykłady, że ludzie z trybun dają sobie
radę na sportowych salonach. Dla jednego z nich, obecnie
prezesa I ligowego klubu, a zarazem stałego czytelnika
TMK, pozdrówki.
JasiuP
To My Kibice, nr 49 (październik 2005)
<< powrót